Codzienność autystki: jak sobie radzę w czasie pandemii
codzienność

Z życia autystki: Autystka w czasach koronawirusa

W zasadzie nie wiem, jak podejść do tego tematu. Głównie dlatego, że nie wiem, co czuję. Jest to zresztą dla mnie stan dosyć normalny – wszystkie zmiany czy nowe informacje przetwarzam bardzo długo (zdarza się, że tygodniami), w związku z czym moją pierwszą reakcją jest albo obojętność czy też właśnie „nie wiem, co czuję/myślę” albo natychmiastowa panika i złość. Dopiero po pewnym czasie potrafię coś ocenić, zaakceptować, opisać jakie emocje we mnie wywołało.

Nie wiem, co czuję

Także w przypadku pandemii mam wrażenie, że zwyczajnie nie dociera do mnie w pełni to, co się dzieje. Owszem, sprawdzam nerwowo raporty (wiem, nie wolno; poza tym głównie się wkurzam, że nie są dokładne i nie oddają rzeczywistości), z domu wychodzę rzadko i w maseczce, po powrocie zaś spryskuję wszystko octeniseptem. Poza tym funkcjonuję jednak dosyć normalnie – wstaję o stałej godzinie, karmię koty o określonych porach, pamiętam o wzięciu lekarstw i wypiciu chociaż jednej szklanki wody dziennie, uprawiam pomidory na balkon, oglądam Netfliksa i YouTube’a.

Dopóki nie przyjdzie jakaś mała rzecz, która nie wyprowadzi mnie z równowagi i wówczas wszystkie emocje wylewają się ze mnie na raz. W pierwszym tygodniu narodowej kwarantanny był to krem do twarzy. Skończył mi się, a mi szybko wysusza się skóra. A Małż kupił nie to co chciałam. Spędziłam więc pół dnia na meltdownie – na zmianę płacząc, leżąc w łóżku, wściekając się i próbując jakoś uspokoić, tylko po to, by za chwilę znowu kompletnie stracić równowagę.

W drugim tygodniu poszło o moją ulubioną kawiarnię Czarna Mańka, gdzie zwykłam chodzić pisać. Uwielbiam to miejsce, znajduje się blisko mnie, ma dobrą herbatę i wybitne bajgle, miłych pracowników i zwykle trafiam w spokojniejsze pory, więc jest mało ludzi. Niestety musieli się tymczasowo zamknąć, zdążyłam jeszcze na wynos zamówić u nich ciasto na urodziny, a następnego dnia już nie działali. :/ I w którymś momencie Małż nonszalancko stwierdził, że w sumie to ich szkoda. A ja do tej pory nie dopuszczałam do siebie myśli, że mogliby upaść i się zwinąć na dobre… no i kolejne załamanie gotowe.

Z kolei przesunięcie ogłoszenia książkowych nominacji do Nagród Zajdla (w moich kręgach dosyć duże wydarzenie) z kwietnia na lipiec wywołało we mnie napad agresji. Chyba po prostu stałość pory była dla mnie ważna i żeby już nie musieć czekać i się zastanawiać, co to będzie, tylko móc zacząć czytać nominowane pozycje. Oczekiwanie potrafi mnie naprawdę wykańczać plus miałam mój roczny czytelniczy plan zakładający czytanie nominowanych książek od maja.

Mem z Boromirem: One does not simply change plans!

Od tamtej pory jest już trochę lepiej, był jeszcze incydent z zamówieniem z Rossmanna, którego w końcu nie udało mi się złożyć, ale jakoś nad tym zapanowałam. Co prawda czuję, że brak worków na śmieci (tych jednych, konkretnych, których używam i żadne inne nie mogą być) może w którymś momencie wybuchnąć mi w twarz, ale staram się zachowywać spokój.

Stres i niepewność

Być może idzie mi w trakcie kwarantanny nie najgorzej, bo tak naprawdę nigdy nie jestem spokojna. Widzicie, stresuje mnie wszystko. Rzeczywistość jest groźna, pełna pułapek i ciągłych zmian. Jestem przyzwyczajona do tego, że z tyłu głowy, nieświadomie, cały czas odczuwam jakieś niebezpieczeństwo, niepokój, niepewność.

Nie jest to oczywiście najzdrowsze, ale wydaje mi się, że po prostu wcześniej nie zdawałam sobie z tego sprawy. Wyjście do sklepu jest stresujące, bo można się zarazić? No cóż, wcześniej też potrafiło być dla mnie koszmarem, bo atakowały mnie inne nieprzyjemności. Nie wiadomo, co się stanie ze światem? Ja nawet nie wiem, co się stanie ze mną wieczorem.

Po prostu jeśli chodzi o relacje ze światem, normalne jest dla mnie odczuwanie jakiegoś stopnia zaniepokojenia. Także witajcie w moim świecie. Oczywiście nie oznacza to, że się nie martwię o zdrowie najbliższych, krach gospodarczy i inne nieszczęścia – po prostu zamartwianie się to moja codzienność.

Rutyna

Widziałam na Twitterze czy Facebooku posty rodziców dzieci z autyzmem, wściekających się na zakaz chodzenia do lasu, bo muszą swoje dzieci wyprowadzić na spacer, dać im się wybiegać, wyładować energię. I nie wiedzą, jak im wytłumaczyć tę nagłą zmianę w rutynie czy nagły zakaz bezpiecznej i pożądanej aktywności. Domyślam się, że dla nich to wyjątkowo trudna sytuacja, powodująca całą masę dodatkowego stresu.

Mnie na szczęście zmiana rutyny aż tak nie uderzyła. Ponieważ nie pracuję w tradycyjnym znaczeniu tego słowa, na co dzień nie wychodzę z domu. Moje życie zawodowe nie uległo nagłemu przemeblowaniu, co też może być dla autysty bolesne. Musiałam jednak zamknąć sklep z rękodziełem, bo Poczta Polska przestała wysyłać przesyłki zagraniczne, z których korzystałam – kurierzy byliby za drodzy, zresztą szukanie nowej formy przesyłki w tych dziwnych czasach to za duży stres. Nawet odczułam w związku z tym pewną ulgę, bo mi ten sklep od początku roku wyjątkowo nie idzie. Jak to stwierdził Małż, szydełkowanie idzie mi dobrze, ale sprzedawcą czy marketingowcem to jestem beznadziejnym i powinnam sobie sklep odpuścić i skupić się na pisaniu…

Z jednej strony tak, chcę się skupić na pisaniu. Z drugiej – trochę żal mi tej choć małej kasy, którą z tego miałam… To naprawdę były groszowe sprawy, ale miałam poczucie, że coś jednak robię i zyskuję…

Ale nie o tym miał być ten post. Ponieważ wcześniej dużo siedziałam w domu, teraz po prostu więcej siedzę w domu. Trochę mnie to cieszy, bo wyjścia do sklepu ograniczone, zmiany ograniczone, nagłe nieplanowane wydarzenia ograniczone, spotkania ze znajomymi ograniczone (ja naprawdę lubię spotykać się z ludźmi, ale rzadko mam na to siłę). W końcu mam upragniony spokój.

"When you find out your normal daily lifestyle is called quarantine" meme

Wygaszanie

Tyle że z każdym tygodniem czuję, jak popadam w coraz większy marazm. Po prostu się wyłączam, wygaszam niczym wielka elektrownia, która jeszcze coś tam robi, ale zmierza do nieuchronnego zatrzymania. Chce mi się coraz mniej. I robię coraz mniej.

Nie chce mi się też pisać, mimo że miałam plany, a rozgrzebane projekty czekają. Na początku kwietnia zaczęłam nawet kompletnie nowe opowiadanie, bo miałam silną potrzebę, by coś niezobowiązującego popisać. Bardzo mnie to wówczas uspokoiło, pozwoliło skupić się na czymś i pokonać stres. A teraz? Napisanie tego posta trwa wieczność, bo mam tempo jednego akapitu na dzień. Po prostu się zatrzymuję.

Oglądam też znacznie więcej filmów, seriali i YouTube’a. W tym sensie, że po prostu siedzę i je oglądam – a nie jednocześnie szydełkuję, piszę, czytam, sprzątam, układam Sudoku, cokolwiek. Normalnie jest mi bardzo ciężko skupić się wyłącznie na oglądaniu, a teraz bardziej czuję, że nie mam ochoty ani siły niczego robić, więc po prostu mogę się gapić w ekran.

Nie potrafię określić, czy to dobrze czy źle. Być może w tym momencie potrzebuję takiego wyciszenia, rozluźnienia, odpoczynku. Oczywiście jako fanka bezsensownego zapierdolu (czytaliście wybitny felieton na ten temat?) niepokoję się tym, ale może w ostatecznym rozrachunku wyjdzie mi to na dobre. Jak zawsze na razie nie wiem, co czuję.

Problemy

Na co dzień najbardziej problematyczne są dla mnie maseczka i rękawiczki. Maseczka, bo się w niej duszę. Mam taką bawełnianą, wielokrotnego użytku. Jest i tak lepsza od takiej „budowlanej” (nie mam pojęcia, jak to się nazywa), bo w tamtej dusiłam się od razu, w tej bawełnianej wytrzymuję jakieś 10-15 minut, tyle by szybko skoczyć do sklepu na dole. Wszystko przez to, że wydychane powietrze jest ciepłe i między twarzą a powierzchnią maseczki tworzy się taka kula ciepłego powietrza i ja tym po prostu nie potrafię oddychać. Sprawia to dyskomfort tak duży, że przeradza się szybko w panikę. Oddycha mi się coraz trudniej, zaczynam się pocić. Połowa mojej wyprawy do sklepu jest więc skupianiem się na tym, by tej panice nie ulec i wewnętrznym uspokajaniu się.

Rękawiczki zaś pozostawiają na moich dłoniach zapach gumy/lateksu, czy z czego są tam zrobione. Nienawidzę tego zapachu. A najgorzej, że on się utrzymuje cały dzień. Nieważne, ile szoruję ręce – zdążę wyszorować koronawirusa, zdążę zedrzeć sobie skórę, a ten zapach i tak zostanie. Po zdjęciu maseczki przynajmniej mogę normalnie oddychać, po zdjęciu rękawiczek czeka mnie całodniowa tortura zapachowa…

Taki tam strój na czasy Apokalipsy. Tych rękawiczek akurat używam do pracy z roślinami, nie chciało mi się tych jednorazowych wyciągać. Jedne i drugie śmierdzą, ale samojebka musi być!

Najmniejszy problem mam z parującymi okularami – jakoś udaje mi się tak wcisnąć pod nie maseczkę, że parują bardzo mało. Zaczynają mnie natomiast coraz częściej boleć oczy (a on nich cała głowa), bo chyba brakuje im patrzenia w dal. Cały dzień albo patrzę w literki w książce, albo w ekran komputera albo telewizora – mało jest okazji, żeby oczy nie musiały skupiać się na szczegółach i odpoczęły. Chętnie wychodziłabym więcej na balkon, ale pogoda nie chce się ustabilizować, a ja jestem zmarźluchem.

Ale trwam. Mam nadzieję, że wy też dajecie radę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: