Sensoryczne przygody: włosy
fakty i mity

Sensoryczne przygody: włosy

Zdecydowałam się, że nazwę tę serię „przygodami”, nie zaś „problemami” czy „przeciążeniami”, bo autyzm ostatecznie nie polega wyłącznie na negatywnym odbieraniu bodźców. Owszem, wrażliwość wymusza na niektórych autystach unikanie określonych dźwięków, zapachów, obrazów itd., a tym samym miejsc i sytuacji, gdzie są one obecne. Z drugiej jednak strony, osoby na spektrum mogą też namiętnie poszukiwać określonych wrażeń sensorycznych. Chcę, by ta seria wpisów nie była wyłącznie negatywna.

Włosy a delikatny dotyk

Kiedy usłyszałam, że nie mogę być autystyczna, bo mam dredy, nie bardzo rozumiałam, jaki miał tu zadziałać związek przyczynowo-skutkowy. Czy chodzi o to, że autyści rzadziej przejmują się swoim wyglądem? Czy raczej o to, że kobiety na spektrum stereotypowo rzadziej od neurotypowych interesują się modą, makijażem, fryzurami? Naprawdę nie mam pojęcia, ale na potrzeby tego posta przyjmijmy, że chodziło o problemy sensoryczne – autyście dredy by pewnie zwyczajnie przeszkadzały, prawda?

No cóż, mi przeszkadzają moje „normalne” włosy, a to dlatego, że są cienkie. I to bardzo cienkie, nawet jak na standardy włosów. A ja nie znoszę delikatnego dotyku. Od dziecka cierpię na arachnofobię, z rożnych powodów, jednym z nich jest jednak pajęcza sieć – cieniutka, praktycznie niewidoczna, można w nią przypadkowo wejść i nawet nie zauważyć. Za to poczuje się to delikatne smyranie na skórze, fuuuuj. I naprawdę nienawidzę, gdy mój własny włos owinie mi się wokół ramienia. Potrafię mieć na taką formę dotyku nerwową reakcję, zacząć się otrząsać, pocierać, skakać. Wolę zdecydowany nacisk na skórę, nie jakieś tam włosy, sierści, piórka, niteczki. (Tego posta piszę pół-leżąc w łóżku i co chwila się wiercę, bo pościel mnie delikatnie muska po łokciu. Tortura. Nie mogę się ułożyć. Ale do stołu nie pójdę, bo mnie głowa drugi dzień boli i planuję leżeć i odpoczywać.)

Żeby było ciekawiej, gdy byłam młodsza, włosy aż tak bardzo mi nie przeszkadzały. Głównie dlatego, że miały ważną funkcję użytkową – na lekcjach spuszczałam wzrok i zagarniałam „firanki” do przodu, by zasłonić twarz. Przekręcałam się w ławce jeszcze trochę bokiem i tadam! Stawałam się niewidzialna. Działało to szczególnie dobrze na lekcjach języka polskiego, ponieważ z jakiegoś powodu nauczycielka pytała tylko tych, z którymi potrafiła złapać kontakt wzrokowy. Haha, punkt dla autysty!

Z czasem jednak włosy denerwowały mnie coraz bardziej. Też w czasach szkolnych miałam moment buntu, kiedy odmówiłam ich czesania, bo to i tak nic nie dawało. Moje włosy są ultra cienkie, nijakie, łamliwe, jak je zwiążę w kucyk to mi skóra głowy prześwituje, a kołtuny pojawiają się w nich spontanicznie w zasadzie bez przerwy, bo czemu nie. Wszelkie wygodne fryzury, gdzie nie smyrały mnie po karku lub twarzy, wyglądają na mnie okropnie. Plus gumka mnie ciągnie, swędzi, ale jak ją zwiążę słabiej, to się wszystko rozpada. Znaleźć dobrą gumkę i tak ją ułożyć na głowie, żebym jej po pięciu minutach nie wyszarpywała z włosów, jest naprawdę trudno. A rozpuszczone włosy są ekstremalnie niepraktyczne i wszędzie włażą. Kombinowałam z różnymi wariantami i albo wyglądałam jak czochrun, albo było mi niewygodnie.

Wiem, że z punktu widzenia osoby neurotypowej to może brzmieć jak głupie narzekanie, ale autystom potrafią życie utrudniać najmniejsze rzeczy. I te włosy to jest właśnie rzecz, która autentycznie codziennie w jakiś sposób mnie rozprasza, sprawia dyskomfort, utrudnia funkcjonowanie.

Syntetyczne dredy

Pewnego razu przekopując się przez Internet w poszukiwaniu inspiracji dla mych paskudnych włosów, trafiłam na kanał Catching Kerosene. Laska robi inspirujące, a czasem też przerażające rzeczy ze swoimi włosami. To dzięki niej dowiedziałam się o istnieniu doczepianych dredów – ot, wplata się je we włosy i ma się dredy, a po miesiącu wyplata i ma znów „zwykłe” włosy! Genialne!

Tak oto dorobiłam się paru kompletów dredów z różnych materiałów i w różnych kolorach. Pod względem sensorycznym są one wspaniałe: są grube i mnie przyjemnie dociążają (przy czym zbyt duże obciążenie szyi nie jest zdrowe, ale metodą prób i błędów znalazłam odpowiednią liczbę dredów i jak je rozmieścić na głowie, by wyglądało dobrze, a nie rozwalało mi kręgosłupa). Gdy mam na głowie moje doczepiane, syntetyczne dredy, nie atakują mnie cieniutkie włoski owijające się wokół przedramion, nic mnie nie smyra po twarzy i nie wchodzi do nosa, nic mnie nie łaskocze, nie muszę się męczyć ze sprawiającymi ból gumkami do włosów. I nie robią się kołtuny!

Niestety syntetyki po około miesiącu trzeba zdjąć i założyć jeszcze raz, bo wszystko się stopniowo rozluźnia. Dni zaraz po wyjęciu dredów są dla mnie najcięższe, bo zdążę się odzwyczaić od tych cienkich kłaków, które normalnie mam na głowie. To naprawdę nieprzyjemne, gdy po miesiącu spokoju coś znowu delikatnie dotyka mojej skóry. :/ Powiedziałabym wręcz, że nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo na co dzień włosy mnie drażnią, dopóki nie dostałam szansy zamiany ich na coś wygodniejszego.

Autorka bloga w dredach
Pokazuję rozstaje, gdyby się ktoś zastanawiał… zresztą chodzi w tym zdjęciu głównie o dredy! Poza tym możecie podziwiać mój całkowity brak gustu modowego.

Dredy mają też inną zaletę, choć już niezwiązaną z dotykiem – dodają mi pewności siebie. Jakkolwiek dziwnie może to zabrzmieć, ze sztucznymi dredami na głowie czuję się bardziej sobą niż bez nich. Autyści niekoniecznie muszą być nijacy, zawsze w miękkich bawełnianych koszulkach. Też możemy chcieć wyglądać ciekawie i się wyróżniać. Te dredy czynią mnie bardziej charakterną i odważną i to lubię. Też są jakąś formą wyrażania siebie, która w moim przypadku doskonale się sprawdza.

Ważne jest też to, że całe życie nie miałam swojego stylu. W sumie to dalej mam duży problem z określeniem, jak chcę wyglądać, w co chcę się ubierać, jaki styl najbardziej mi pasuje. Zwłaszcza że jestem słaba w modę, kompletnie nie rozumiem sezonowości, tego że „tego lata nosi się zieleń” i tym podobnych. Nie bardzo umiem też dobrać rzeczy do mojej figury, łączyć kolory, pogodzić ładny wygląd z wygodą (zwłaszcza w przypadku butów – w którymś momencie się poddałam i zaczęłam wszędzie nosić stare adidasy). Dredy były dla mnie pierwszym krokiem ku odnalezieniu własnego wizerunku – podążyłam ich tropem ku nowym, ciekawym markom, głównie rękodzielniczym. Zaczęłam zapełniać moją szafę zupełnie nowymi rzeczami. Przełomowa była też dla mnie uwaga koleżanki, że przecież te wszystkie ozdoby we włosach to też biżuteria, więc żebym się nie martwiła, że nie mogę nosić biżuterii (wszystko mnie uczula).

Na sam koniec macie jedno z moich niewyczerpanych źródeł dredowych i modowych (żeby jeszcze było mnie stać, chociażby na ten płaszcz od Sew Much Love) i żebym miała takie wyczucie i tak dobrze w tych ciuchach wyglądała…) inspiracji – Morgin Riley.

Morgin Riley
Zdjęcie z Instagrama Morgin Riley

Podsumowując: sensorycznie dredy są dla mnie dużo przyjemniejsze od naturalnych włosów, bo są od nich grubsze i cięższe – dotyk rzeczy cienkich i delikatnych jest dla mnie nieprzyjemny.

Dredy są też dla mnie sposobem wyrażania siebie i są częścią mojego stylu.


PS. To z założenia nie miał być post o plusach i minusach sztucznych dredów, technice ich zakładania, pielęgnacji, ani ich wyższości nad dredami naturalnymi tudzież na odwrót. Jeśli szukacie tego typu informacji, YouTube jest ich pełen. Szukajcie najlepiej po „synthetic dreadlocks” albo „wool dreadlocks”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: