codzienność

Dlaczego nie jeżdżę pociągami

W życiu byłam na dwóch konwentach – na Polconie 2018 oraz 2019. Dużego doświadczenia z tego typu imprezami więc nie mam, a pandemia pokrzyżowała mi kolejne wyjazdy. Zdążyłam jednak zauważyć, że dziwię na nich ludzi dwoma rzeczami – 1. dlaczego przejechałam autobusem, a nie pociągiem, jak normalny człowiek; 2. dlaczego nocuję w hotelu, a nie w akademikach z resztą, jak normalny człowiek.

Autobusy i pociągi

Odpowiedź jest bardzo prosta – wiem, jak obsłużyć busa, nie mam zaś pojęcia, jak obsłużyć pociąg. Zapytacie pewnie: ale jak to? Przecież to właściwie tak samo. Kupujesz bilet, idziesz na dworzec, wsiadasz do właściwego pojazdu i w drogę! Tyle, że nie. Widzicie, wszystko przez to, że niespecjalnie sobie radzę z generalizacją doświadczeń. Dla większości ludzi „kupić bilet na busa” oraz „kupić bilet na pociąg” jest praktycznie tą samą czynnością, sprowadzającą się do „kupić bilet”. Nie dla mnie. Dla mnie to dwie kompletnie różne czynności, więc fakt, że umiem wykonać jedną nie przekłada się niestety automatycznie na drugą. Nie potrafię przełożyć wiedzy, którą posiadam, na czynność, która jest podobna, ale nie taka sama. Tak, nie wiem, jak kupić bilet na pociąg, o co chodzi z różnymi typami przejazdów, miejscówkami, peronami. Nigdy tego nie robiłam, więc nie wiem, jak to ogarnąć, od czego w ogóle zacząć. Więc wybieram jazdę busem, bo to już kiedyś robiłam. Powtórzenie znanej czynności jest łatwiejsze, mniej stresujące, pożera mniej energii. Przede wszystkim zaś – wiem, jak mam to zrobić.

Każda nowa rzecz jest niezbadana, wymagająca nauczenia się. Na przykład restauracje/kawiarnie. W jednej sadza cię kelner, w innej sam siadasz, gdzie chcesz. Zamawiasz przy stoliku albo podchodzisz do kasy. Płacisz przed albo po. W nowej knajpie po prostu nie wiem, co mam ze sobą zrobić, jak się zachować – wszystko jest znakiem zapytania. A jeżeli byłam w jakimś miejscu już pięć razy to kojarzę ludzi, którzy tam pracują i znam zasady, które obowiązują. Mam też już zwykle wybrany ulubiony stolik oraz potrawę/napój. Wizyta w znajomym miejscu po prostu zużywa mniej energii, nie wymaga ode mnie zastanawiania się nad każdym najdrobniejszym szczegółem co i jak. Plus dochodzi nieznana przestrzeń, w której muszę się dopiero rozeznać, co dokłada mi do poczucia zagubienia.

Co nie znaczy, że w ogóle nie chcę chodzić w nowe miejsca i próbować nowych rzeczy. Bardzo bym chciała to robić. Jest mi jednak bardzo trudno, bo zwyczajnie brakuje mi sił. Wszystko jest za trudne, nie wiem jak, nie umiem, boję się, panikuję. Żeby spróbować nowej czynności muszę czuć, że mam na to siły psychiczne i fizyczne. Pomaga też bycie z kimś – to nie tak, że nigdy w życiu nie jechałam pociągiem, po prostu ktoś inny ogarniał formalności za mnie, ja po prostu grzecznie dreptałam za tą osobą. Bardzo też pomaga, gdy ktoś mi coś pokazuje – to się robi tak i tak. Mój mózg wtedy sobie przygotuje skrypt i kolejność czynności (a ja sobie to jeszcze na wszelki wypadek zapiszę) i następnym razem już poradzę sobie sama. Tyle że zwykle nikt nie ma do tego cierpliwości albo nie rozumie, że trzeba to zrobić.

Hotele i akademiki

Może nocowanie w akademiku jest normalne dla ludzi, którzy na takie duże imprezy jeżdżą od lat, ale dla mnie to dalej nowe doświadczenie. Muszę już sobie poradzić z byciem w nowym mieście, w nowych budynkach, wśród w większości obcych ludzi, muszę ogarnąć, jak się przemieszczać i gdzie jest najbliższy sklep. I jeszcze miałabym nocować w akademiku, którego nie rozumiem, bo na studiach mieszkałam w mieszkaniu wynajętym ze znajomymi, a na wyjazdach wakacyjnych mieszkałam w hotelu? To za dużo.

Plus dochodzi jeszcze jedna ważna kwestia – cały dzień spędziłam wśród ludzi. Na prelekcjach, na korytarzach, na wieczornym piwie. W akademiku w całości zarezerwowanym dla gości imprezy czułabym się po całym dniu jak w piekle. Hotel oddalony od wszystkiego, co związane z konwentem, to miejsce, gdzie mogę się odstresować, uspokoić, odseparować od bodźców. Po prostu muszę się odciąć, bo inaczej będzie meltdown.

Generalizacja doświadczeń

W sumie nie wiem, na ile to się wiąże z autyzmem, na ile z dyspraksją, na ile może jeszcze z czymś innym. Po prostu chciałam wyjaśnić, że jeśli już nauczę się wykonywania jakiejś czynności w określony sposób, to nie potrafię mojego planu działania zmodyfikować i dostosować do nowych okoliczności. A przy okazji wyszła masa innych rzeczy, jak większe zapotrzebowanie na energię przy nowych czynnościach, przestymulowanie, lęk.

Będę więc dalej jeździć busami, bo nie czuję się wystarczająco bystra ani dzielna, by zmierzyć się z dworcem kolejowym. Pociągi umykają mojemu zrozumieniu, jak wiele innych rzeczy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

%d bloggers like this: