Kasy samoobsługowe
codzienność

Z życia autystki: kocham samoobsługowe kasy w Rossmannie

Pierwszymi samoobsługowymi kasami, z jakimi miałam styczność, to te z Leroy Merlin. Szczerze ich nie znoszę, choć mój Małż je uwielbia i korzysta z nich za każdym razem. Dla mnie są zdecydowanie za głośne – mam wrażenie, że wręcz na mnie krzyczą! Plus za każdym razem przypadkowo nie wyczują wagi przynajmniej jednego przedmiotu, a wtedy krzyczą jeszcze bardziej i trzeba poprosić kogoś z obsługi o pomoc. A przecież gdybym chciała pomocy człowieka przy zakupach, poszłabym do zwykłej kasy…

Z kolei samoobsługowe kasy w Rossmannie są cudowne. Są ciche, spokojne, nie atakują mnie dźwiękami ani światłami. Nie powtarzają w kółko tego samego, irytującego komentarza. Zawsze bez problemu kasują wszystkie przedmioty, bo nie mają czujnika wagi. Przede wszystkim zaś – mogę wejść do drogerii, zrobić zakupy, zapłacić i nie odezwać się ani słowem do nikogo! To jest dla mnie najlepsze, ponieważ wszystkie te standardowe formułki wypowiadane przy kasie są dla mnie męczące. „Dzień dobry. Nie, nie chcę gazetki. Nie, nie mam aplikacji. Nie, nie chcę szamponu z promocji. Będę płacić kartą. Dziękuję. Do widzenia.” To jest tak strasznie dużo słów, które muszę wypowiedzieć, a które szczerze mówiąc nie mają dla mnie żadnej wartości. To są takie puste formułki, które trzeba wypowiedzieć, by być uprzejmym, ale z mojego punktu widzenia nie służą żadnej prawdziwej komunikacji. Grzecznościowe zwroty są dla mnie najmniej naturalną kwestią, jaką potrafię sobie wyobrazić. Czuję się zawsze skrępowana, gdy mam odbyć tak nic nie wnoszącą, automatyczną konwersację. Na szczęście z pewnej grupy dla autystek dowiedziałam się, że nie ja jedna tak mam – dla wielu osób te wszystkie zwroty grzecznościowe to puste frazesy bez żadnego sensu.

Ważne jest też tempo kasowania. W zwykłej kasie jest ono dla mnie najczęściej za szybkie i nie zdążę dobrze spakować zakupów, bo osoba obsługująca kasę już wciska mi następny i następny przedmiot. A ja mam system wkładania rzeczy do torby, nie wrzucam ich byle jak! W związku z tym potrzebuję czasu, by sobie wszystko ułożyć. Przy kasie samoobsługowej mogę baaardzo powoli i spokojnie zająć się swoimi zakupami, nie czuję stresu, zagubienia ani presji. Gdyby jeszcze wokoło nich było trochę więcej miejsca!

W trakcie jednego z rodzinnych spotkań mój dziadek narzekał na samoobsługowe kasy, stwierdzając, że on woli sobie pogadać ze sprzedawcami, poprowadzić taką tam niezobowiązującą pogawędkę z obcym człowiekiem. Ja się oczywiście z nim nie zgodziłam. Większość rodziny uznała, że to kwestia pokoleniowa, bo starsi ludzie są otwarci i towarzyscy, a ta młodzież (przy czym przekroczyłam już trzydziestkę, więc niespecjalnie czuję się młodzieżą…) to wiadomo – mruki, ponuraki i tylko się gapią w telefony. A w ogóle kiedyś to były czasy, a teraz nie ma czasów.

Tyle, że to nieprawda. Z jakiegoś powodu umiłowanie do przypadkowych pogaduszek łączy w mojej rodzinie mężczyzn z różnych pokoleń. Mojego dziadka, ojca i Małża. A Małż to jest nawet młodszy ode mnie! Po prostu dla mnie zakupy są bardzo konkretną czynnością: idę w wybrane wcześniej miejsce, by kupić określone rzeczy (najlepiej wypisane na liście, żeby niczego nie zapomnieć) i gadanie o niczym po prostu nijak mi do tego nie pasuje. Czuję się bardzo niezręcznie w small talku, o czym szerzej pisałam już tutaj. I po prostu chcę, żeby zostawiono mnie w spokoju. Nie chcę z nikim rozmawiać, chcę tylko kupić potrzebne mi rzeczy.

Jakiś czas temu w Lidlach wprowadzono kasy samoobsługowe. Mocno mnie kuszą, ponieważ tempo kasowania jest zawsze strasznie szybkie, a sama mogłabym spokojnie sobie wszystko skasować i popakować do toreb. Nie wiem jednak, jak dobrze one działają, czy się zacinają, jak wygląda ważenie i wbijanie ceny produktów bez kodu kreskowego, np. bułek. Bardzo się boję, że przypadkiem wbiję zły typ pomidora albo pieczywa i będę miała przez to kłopoty (czytałam artykuł o takiej sytuacji, tyle że chyba w Biedronce? Nie chcę, żeby mnie ochroniarz gonił.). Chciałabym, żeby ktoś poszedł ze mną na zakupy i użył tej kasy, a ja sobie na nią popatrzę i ocenię, czy dołoży mi stresu, czy też go zredukuje. Tak już mam, że boję się nowych rzeczy – nawet jeśli to kasa, która w innym sklepie mi pasuje.

A wy wolicie kasy samoobsługowe czy z kasjerem? Macie ulubione sklepy? A może przetestowaliście już nowe kasy w Lidlu i możecie mi coś w ich kwestii poradzić.

2 komentarze

  • Dominika Gabryś Kuchta

    Cześć! Wpadłam właśnie do Twojego bloga, jak do króliczej dziury.. druga godzina mija, dziecka dalej brudne i nie w łóżkach. Świetne teksty; fifty-fifty – bo wchodzę ciut w Twój świat plus cenię dobrze skrojony tekst.
    A propos kas – kumam bazę z Rossmanem i Lidlem, szczególnie w tym ostatnim obsługa kas na wyścigi kula pomidory i rzepę, trzeba prędko łapać, a o metodycznym układaniu nie ma mowy. Mój sposób to dwie torby – na miękkie i twarde, bo nieśmiałe prośby o spowolnienie tempa i tak nic nie dają. Kasy samoobsługowe są spoko, tylko zaznacz na początku, że masz swoją torbę, bo od razu będzie się świecić na czerwono. A bułki i pomidory wybieram czasem te, które są pod palcem – jak nie mogę odpowiednich znaleźć, nie ma szans się komputer doczepić, że zamiast orkisz, wstukalam fitness :).
    Pozdrawiam. Dominika
    Ps. Piękne dredy się robią…

    • Ag

      Ja mam taką technikę, że po prostu wrzucam zakupy do wózka, a potem staję z boku i dopiero tam na spokojnie sobie pakuję – ciężkie na dno, lekkie na wierzch, oddzielne siatki na jogurty i pieczywo. Także technikę już mam obmyśloną.

      Proszę uczynić dziecka czyste! A potem można czytać dalej. Cieszę się, że się podoba!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: