codzienność

Z życia autystki: o chodzeniu na protesty i aborcji

Jeden z popularnych plakatów na różnego rodzaju spontaniczne spacery głosi: „Jest tak źle, że nawet introwertycy przyszli”. I trochę tak się czuję, bo po raz pierwszy poszłam na protest. Jakikolwiek. Poczułam jednak potrzebę tak wielką, by to zrobić, że aż wygrała ona z czynnikami, które normalnie zatrzymałyby mnie w domu.

Protesty

1. 

Z chodzeniem na protesty mam parę problemów, zacznijmy jednak od tych związanych z tematyką bloga, czyli autystycznych. Po pierwsze i najważniejsze – ponieważ protesty mają formę spontanicznych spacerów, ich trasa nie jest znana albo jest podawana w ostatniej chwili. Z tego względu już dwa razy zrezygnowałam z dołączenia się, bo dla mnie bardzo ważne jest, żeby różne czynności mieć odpowiednio wcześniej zaplanowane. Muszę znać trasę, bo MUSZĘ obejrzeć ją sobie na mapie google, zapamiętać, zobaczyć jak wyglądają budynki w okolicy, sprawdzić autobusy oraz wiedzieć, gdzie i którędy będę mogła wrócić. Stres związany z nieprzewidywalnością wydarzeń jest dla mnie po prostu zbyt duży. Jak to mawia mój Małż: nawet bycie spontaniczną planuję trzy dni wcześniej.

Po prostu nie radzę sobie z nowymi sytuacjami. Nie radzę sobie z nieznanymi miejscami i osobami. Obce budzi we mnie lęk, którego poziom obniżam właśnie za pomocą wcześniejszego sprawdzenia informacji o miejscu, w które mam się udać – jaka trasa, jakie autobusy, jak wyglądają budynki, jak nazywa się np. lekarz albo inna osoba, z którą mam się spotkać, jak wygląda, gdzie jest najbliższy spożywczy, gdybym potrzebowała wody albo jedzenia i tak dalej. Potrzebuję sobie oswoić nieznane, a wówczas mogę wyjść z domu. Dalej trochę się stresuję, ale przynajmniej czuję się przygotowana.

Po drugie, mój mózg lubi analizować. W związku z czym musi, no po prostu musi przejść przez wszystkie możliwe scenariusze. Że nic się nie stanie. Ale też, że policja mnie aresztuje, jakiś pojeb rozjedzie mnie samochodem, oberwę gazem w twarz i stracę wzrok albo naziole mnie pobiją. I się zwyczajnie boję. To jest taka ciągła, wewnętrzna walka pomiędzy tą częścią mnie, która panicznie boi się o swoje bezpieczeństwo, a tą pełną niewyładowanej agresji, która najchętniej coś by zburzyła. Po prostu nie potrafię wyłączyć tej karuzeli możliwości w mojej głowie, bo moja głowa musi zawsze myśleć, rozważać, zastanawiać się, dopatrywać, analizować i wymyślać. Nie potrafi siedzieć cicho.

2. 

Jest jeszcze jedna kwestia, która zatrzymuje mnie w domu – już nie związana z autyzmem. Z jednej strony chcę wyjść na ulicę, wyrazić mój gniew i mój sprzeciw, a z drugiej – nie wierzę w pokojowy protest. Nie wierzę, że cokolwiek można w tym kraju zmienić bez podłożenia ognia pod parę symbolicznych budynków i wyciągnięcia przez wściekły tłum paru odpowiedzialnych osób na ulicę, a następnie wytarzanie ich w smole i pierzu. Rozumiem, czemu protesty są pokojowe, rozumiem, czemu nawołuje się do ludzi, by nie sięgali po przemoc. Rozumiem, czemu na ulicach nie ma zamieszek. I pewnie nawet jest to właściwa droga, tyle że zanim coś się nią osiągnie, miną lata.

Nie wierzę, że teraz, jeszcze w tym roku, można coś w tym kraju zmienić na lepsze nie zadając bólu osobom odpowiedzialnym. Nie wierzę, że tłum krzyczący coś zza szpaleru policjantów kogokolwiek bezpiecznie ukrytego po drugiej stronie jest w stanie wystraszyć. Wierzę tylko w bezpośrednią konfrontację. W wywołanie u tych ludzi prawdziwego, głębokiego lęku o własny dobrostan.

Dlatego najważniejszym momentem protestów było dla mnie otoczenie przez posłanki Lewicy wicepremiera Kaczyńskiego. Wsadzenie mu prosto w twarz plakatów i symbolicznych wieszaków, wykrzyczenie mu prosto w twarz wściekłości i żądań. Sądząc po panicznym przemówieniu, zadziałało. Ktoś tu w końcu poczuł oburzenie kobiet na własnej skórze.

Wierzę, że zmiana dokona się tylko wtedy, gdy druga strona odczuje to samo co miliony kobiet na co dzień – ból i strach.

Aborcja

Zastanawiałam się, czy w ogóle pisać tutaj o moich poglądach w kwestii aborcji, bo w sumie nie jest to temat tego bloga. Z drugiej strony – chciałabym pewne rzeczy powiedzieć, a trochę brakuje mi platformy, na której mogłabym to zrobić. A strona ta miała mieć w założeniach charakter osobisty, więc swoje myśli mogę wyrazić…

Dlatego o paru rzeczach jednak powiem, przede wszystkim zaś podrzucę wam trochę linków – niekoniecznie o aborcji, ale też o biologii, bo poziom zrozumienia pewnych spraw jest w tym kraju zatrważający.

Chciałabym też zastrzec, że poniżej co prawda często używam słowa „kobiety”, ale jest to skrót myślowy oznaczający wszelkie osoby – w tym trans i niebinarne – które posiadają macicę i są zdolne do zajścia w ciążę. Problem braku dostępu do aborcji dotyka też ich.

Czemu nie kompromis?

Bo nie działa na żadnym poziomie. Trzy wyjątki są fikcją – mają za zadanie jedynie sprawiać wrażenie, że kogokolwiek u władzy naprawdę interesuje zdrowie psychiczne oraz fizyczne, a także dobrobyt osób w ciąży. Zarówno tej chcianej, jak i nie. Taki listek figowy przykrywający hipokryzję, głupotę i okrucieństwo.

Gwałt

Jeśli chodzi o ciąże z gwałtu, to niestety policja nie posiada ani procedur, ani wyszkolenia, ani zwykłej wrażliwości, by pomagać zgwałconym osobom, a to oznacza, że wiele z nich po prostu nie zgłasza przestępstwa. Ze strachu przed oprawcą, z niewiedzy, z lęku przed tym, że się nasłuchają – to po co się tak ubierałaś, po co tam szłaś, na pewno czymś go sprowokowałaś. Bo w sądzie spotyka je wtórna trauma. Ile jest w Polsce gwałtów? Ile jest ciąży z gwałtów? Takich statystyk po prostu nie ma, bo spora ich część pozostaje niezgłoszona, kobiety dzieci albo rodzą, albo same załatwiają sobie aborcję, bo jest to po prostu łatwiejsze niż szarpanie się z policją czy prokuraturą, która nie chce wydać zaświadczenia o tym, że ciąża powstała wskutek czynu zabronionego. Nie zapominajmy przy tym o trudnościach w znalezieniu szpitala, który zabieg przeprowadzi oraz o fanatykach religijnych, którzy będą próbowali aborcji zapobiec. Na pewno jest ich więcej niż jedna rocznie, jak to przedstawiają dane z Ministerstwa Zdrowia:

Policja szacuje, że codziennie gwałconych może być nawet 200 kobiet, z czego notowanych jest zaledwie 5 przypadków. Jak wynika z policyjnych statystyk w ubiegłym roku zgłoszono 1816 zgwałceń. Od 2010 do 2016 r. kary pozbawienia wolności w zawieszeniu dostało od 31 do nawet 41 proc. skazanych. W ostatnim roku było to 31,7 proc.

– Trudno tu o dokładne statystyki. Pan bierze to ze sprawozdania rządowego. Analizowałam to wiele razy. I nie ma żadnych wątpliwości, że nie może to być tylko jedna osoba. W ciągu roku stwierdza się ok. 3000 przestępstw seksualnych. To są te zgłoszone i stwierdzone przez policję. Wiadomo, że jest ich więcej. Nawet jeśli uznamy, że tylko 10 proc. kończy się ciążą, a są to bardzo ostrożne szacowania, i nawet jeśli uznamy, że 10 proc. z tych osób, które w tę ciąże zajdą, chcą ją przerwać, jeszcze ostrożniejszy odsetek, to nadal daje to około 30 kobiet rocznie – zaznacza Karolina Wieckiewicz z Aborcyjnego Dream Teamu.

System zwyczajnie zawodzi osoby, które chciałyby przerwać ciążę z gwałtu (jako bonus podrzucam wam historie kobiet, które dzieci urodziły, a potem musiały walczyć z gwałcicielem o prawa rodzicielskie – link pierwszy oraz drugi. Tak, straumatyzujmy te rodziny jeszcze bardziej).

Klauzula sumienia

Kolejny problem to oczywiście klauzula sumienia – zasłaniają się nią nie tylko pojedynczy lekarze, ale wręcz całe szpitale, co prowadzi do sytuacji, w której całe województwa wykazują w statystykach zero legalnych aborcji. Osoby ciężarne często muszą podróżować setki kilometrów do innego województwa czy za granicę, by wykonać aborcję, która – przypominam – w określonych przypadkach prawnie im się należy. Po raz kolejny dostęp do rzekomo legalnej aborcji jest utrudniany i ograniczany.

Nie wspominając już o różnych dziwacznych sytuacjach, w których lekarze nie informują np. o deformacjach wypatrzonych na USG czy nie informują o złych wynikach badań… Dla mnie jest kompletnie niezrozumiałe, by kobieta musiała się martwić, czy aby na pewno może ufać swojemu lekarzowi, że ten jej nie okłamie, nie oszuka, nie zostawi na lodzie bez żadnych informacji ani pomocy.

Zagrożenie zdrowia i życia

Co do zagrożenia zdrowia i życia kobiety, to cóż, akcja Rodzić po Ludzku nie wzięła się z powietrza. A przecież nie chodzi w niej nawet o kobiety, które aborcji chcą lub potrzebują, a o te, które chcą urodzić. Tylko że w Polsce jak się trafi na porodówkę dobrze, to jest dobrze, a jak się trafi źle, to jest bardzo źle. I potem pacjentka opuszcza szpital nacięta, popękana, poniżona. W tym kraju wciąż trzeba pilnować i bronić standardów opieki w trakcie ciąży, porodu i połogu – to co tu dopiero wspominać o aborcji. Warto zwrócić choćby uwagę na bezsensowny przymus leżenia godzinami i rodzenia na leżąco, który z perspektywy anatomii nie ma żadnego sensu.

Skupmy się jednak na przykładach związanych z terminacją ciąży. W 2012 roku Savita Halappanavar, która – nie doczekawszy się w szpitalu aborcji po częściowym poronieniu – zmarła z powodu sepsy i niewydolności wielonarządowej. Lekarze mogli ją uratować, gdyż prawo dopuszczało aborcję w sytuacji realnego zagrożenia dla życia kobiety z powodu ciąży. Tyle że prawo było też niejasne, nie określało dokładnie w jakich przypadkach można przeprowadzić zabieg, a gdyby ktoś podważył decyzję lekarzy – czekała ich nawet kara więzienia. I tak oto zamiast ratować kobietę, kiedy spokojnie był na to czas, zdecydowano się czekać, aż płód (którego nie dało się w żaden sposób uratować) obumrze. Nie myślano kompletnie o Savicie, której organizm po prostu nie wytrzymał obciążenia. W 2018 roku, między innymi dzięki tej kobiecie, w Irlandii w końcu zniesiono zakaz aborcji. Irlandczycy zrozumieli, że prawo torturujące i zabijające kobiety musi odejść raz na zawsze.

W Polsce mamy podobną historię, która niestety odbiła się znacznie mniejszym echem. Chodzi o Agatę Lamczak, która w 2004 roku w wieku 25 lat zmarła na zapalenie jelit, bo lekarze odmówili jej leczenia, argumentując, że mogłyby to zaszkodzić ciąży. Lamczak zmarła razem z kilkumiesięcznym płodem. Kobieta była młoda, gdyby więc w wyniku leczenia rzeczywiście doszło do poronienia – albo gdyby nawet dokonano aborcji, by skupić się na zdrowiu matki – to po wyleczeniu lub przynajmniej załagodzeniu jej problemów, miałaby jeszcze czas na kolejną ciążę. A tak nie ma ani kobiety, ani dziecka. Cóż tu więcej dodać?

Oczywiście można by powiedzieć, że to tylko pojedyncze przypadki, które niczego nie udowadniają. Że to błędy pojedynczych lekarzy. Tyle że wszelkie ograniczenia w dostępnie do aborcji będą generować coraz więcej i więcej takich „błędów”. Wszelkie sformułowania typu „w przypadku zagrożenia dla zdrowia lub życia” czy „w przypadku realnego zagrożenia” są furtkami do wymigiwania się od przeprowadzenia zabiegu, czekania, interpretowania, co też ustawodawca miał na myśli. Do zastanawia się, czy kobieta jest już wystarczająco blisko śmierci, czy uszczerbek na zdrowiu już już wystarczająco duży, czy można podjąć leczenie. Dobro pacjentek nie jest stawiane w takiej sytuacji na pierwszym miejscu i będą one po prostu umierać w sytuacjach, gdy można je było uratować i dać szansę na zajście w kolejną ciążę.

Wady płodu

Istnieje w tym kraju jakieś dziwne przekonanie, że badania prenatalne są po to, żeby dać kobiecie furtkę do aborcji. Nikt nie wspomina jakoś o możliwościach leczenia płodu już w łonie matki albo operowaniu natychmiast po urodzeniu, bo dzięki badaniu lekarze mogli się na to przygotować. Nikt też nie wspomina o przygotowaniu psychicznym rodziców w przypadku urodzenia chorego dziecka, czy nawet tak trywialnej rzeczy, jak odłożeniu wcześniej funduszy na leczenie. Zamiast tego tworzy się klimat, w którym zniechęca się i ogranicza dostęp do badań prenatalnych, bo jak kobieta się dowie o rozszczepie kręgosłupa albo bezmózgowiu to jeszcze spróbuje podjąć jakąś decyzję.

Nie będę się tu rozpisywać nad tym, jak wygląda wielowadzie, jak działa zespół Edwardsa, ani po raz trzytysięczny tłumaczyć, że zespół Downa – w zależności od tego, co się człowiekowi wylosuje – może oznaczać długie, w miarę normalne życie albo szybką śmierć. Inni zrobili to lepiej, dlatego polecam wam artykuł Pauliny Łopatniuk na temat wad wrodzonych.

Chciałabym zamiast tego zwrócił uwagę na trochę inny, a z jakiegoś powodu wciąż pomijany aspekt zakazu terminacji ciąży z przyczyn embiopatologicznych. W wywiadzie dla „Polityki” Kaja Filaczyńska tłumaczy, czym się może skończyć donoszenie ciąży i urodzenie płodu z wielowadziem:

W debacie nie do końca wybrzmiewa, że zmuszanie kobiet do donoszenia ciąży z przesłanką embriopatologiczną znacznie zmniejszy szanse wielu z nich na przyszłe macierzyństwo. Przecież to kilka miesięcy zabranej płodności. Nie zapominajmy też o konieczności wykonania cięcia cesarskiego, co jest częste, gdy mówimy o płodach, które mają wiele wad. Płód z wielką głową może nie przejść przez kanał rodny, trzeba wykonać cesarskie cięcie.

A po cięciu jest konieczne – i to nawet na dwa lata – odczekanie do kolejnej ciąży, żeby zagoił się mięsień macicy. W dodatku cięć cesarskich w życiu kobiety nie powinno być więcej niż dwa. Jeżeli więc zmusi się ją do donoszenia ciąży, a płód umrze po kilku godzinach czy dniach – ona już nie będzie miała dwójki czy trójki dzieci, ale jedno. Osoby, które argumentują ten wyrok troską o życie i rodzinę, kradną czas kobietom. Kobietom, które – przypomnę – coraz później zachodzą w ciążę, tymczasem z wiekiem ryzyko wad genetycznych wzrasta, a płodność się obniża. Decyzja Trybunału sprawi, że kobiety, które chciały być matkami, nigdy nimi nie będą.

[…]

Kobiety zmuszone do kontynuowania ciąży będą miały powikłania, obumarcia wewnętrznego płodu, zakażenia wewnątrzmaciczne, istnieje ryzyko zatoru płynem owodniowym, krwotoków, sepsy… następstwami będą uszczerbki na zdrowiu i hospitalizacje, a może nawet śmierć. 

Paradoksalnie więc, aborcja z przyczyn embriopatologicznych ZWIĘKSZA szansę kobiety na posiadanie potomstwa w przyszłości. Urodzenie ciąży embriopatologicznej może mieć skutki uboczne, które osłabią płodność czy uszkodzą układ rozrodczy. Odbierając kobietom prawo do aborcji, odbiera im się prawo do posiadania dzieci. W najgorszych przypadkach nie będą zaś miały dzieci nigdy, bo stracą życie.

Polecę wam jeszcze na koniec artykuł „Okrutna prawda o życiu dzieci z wadami letalnymi” o tym, jak wygląda życie dzieci urodzonych z wielowadziem, które nie umarły od razu. Bo to tak łatwo powiedzieć „urodzić, ochrzcić, pochować”. Albo żyć w przekonaniu, że to tylko wystarczy kupić wózek inwalidzki i trochę dłużej pieluchy zmieniać…

Z kolei na stronie Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodzny znajdziecie najświeższe statystyki dotyczące legalnej aborcji w Polsce i jej powodów.

A gdyby jednak…

Ale dobrze, przyjmijmy, że powstałoby takie magiczne prawo, które traktowałoby te trzy przypadki bardzo serio i bez utrudnień. Oczywiście osobom z macicami żyłoby się wtedy od razu lepiej w tym kraju, ale kompromis dalej byłby bez sensu, bo dalej dzieliłby kobiety. Dzieliłby je na te, które mogą realizować swoje potrzeby i mogą decydować kiedy, ile, jak i czy w ogóle mieć dzieci. Bo byłoby je zwyczajnie stać na wyjazd za granicę. To grupa mieszkająca w dużych miastach, lepiej zarabiająca, lepiej wykształcona albo zwyczajnie bardziej obrotna i samodzielna albo mająca mocny system wsparcia od przyjaciół i rodziny. To grupa, która ma łatwiejszy dostęp do antykoncepcji, świadomiej planuje ciążę, ma dostęp do lepszych lekarzy i w razie czego – wie, gdzie szukać pomocy w sprawie aborcji, czy to w kraju, czy za granicą. 

Druga grupa to kobiety biedniejsze, z trudnych rodzin, z małych miejscowości gdzie ciężko realizować swoje prawa reprodukcyjne, bez wsparcia ze strony rodziny, ulegające religijnym naciskom, niewiedzące gdzie mogą szukać pomocy. Ta grupa, nawet jeśli będzie mieć pełny, nieskrępowany dostęp do aborcji w przypadku gwałtu/kazirodztwa, zagrożenia życia lub zdrowia oraz ciężkich wad płodu, dalej będzie dyskryminowana w dostępnie do aborcji w sytuacjach nieobjętych wyjątkami. Dalej nie będzie miała pełni praw do decydowania o swoim życiu i kształcie swojej rodziny. Dalej będzie przymuszana do rodzenia niechcianych dzieci, w przeciwieństwie do grupy pierwszej, która znajdzie drogę do aborcji.

Granice istnieją. I można je dziś przekraczać łatwiej niż kiedykolwiek. Tak wygląda rzeczywistość. (Można się oczywiście kłócić, że różne państwa mają różne prawa i na tej zasadzie wszystko należałoby tak ujednolicić… tyle że aborcja jest zabiegiem jednorazowym, nie wymaga przeprowadzki do innego kraju, a wiele tych odmiennych praw wpływa na życie człowieka tylko jeśli mieszka gdzieś przez dłuższy czas. Mało jest też praw tak głęboko wchodzących w sferę intymności i prywatności. Osobistych tragedii osób z macicami z powodu braku dostępu do aborcji jest zdecydowanie więcej niż tragedii spowodowanych tym, że np. w Niemczech mają inne ulgi na przejazdy pociągami. Nie umniejszając oczywiście skali tragedii systemu komunikacji publicznej w Polsce).

Można by pójść dalej. Oto mamy kraj, w którym dostęp do aborcji z powodu trzech wyjątków jest respektowany, plus policja i prokuratura działałyby prawidłowo, dostęp do antykoncepcji byłby łatwy, mielibyśmy porządną edukację seksualną w szkołach i powszechny dostęp do badań prenatalnych… Wydaje się, że to sytuacja idealna.

A jednak dalej mielibyśmy osoby, które miały pecha i urodziły niechciane dziecko i osoby, które nie urodziły. Polki lepszej i gorszej kategorii. Dalej możliwość decydowania o własnym życiu, ciele i przyszłości dla części kobiet okazałaby się ograniczona. I to z kompletnie nielogicznych powodów.

Czysta biologia

Przyznam, że kompletnie niezrozumiała jest dla mnie ta walka o każdy zarodek w sytuacji, gdy jakieś 60% ciąż ulega samoistnemu poronieniu, często nim kobieta zdąży sobie zdać sprawę, że istniała w ogóle możliwość ciąży. Natura jest – ku niedowierzaniu niektórych – matką wyjątkowo zimną i okrutną. Wielką tragedią jest przekonanie społeczeństwa, że cały proces powstawania człowieka jest taki łatwy i oczywisty: plemnik łączy się z komórką jajową, a po dziewięciu miesiącach wyskakuje dzidziuś. Co tymczasem z ciążami pozamacicznymi? Co z zaśniadami? Co z tymi wszystkimi płodami, które kształtem ledwo przypominają człowieka?

Parę lat temu natrafiłam na artykuł „O czym każdy Polak katolik wiedzieć powinien czyli studium szaleństwa„. Pochodzi on z bardzo mądrego bloga głównie o in vitro, ale znajdziecie tam też warte uwagi wpisy o oknach życia i naprotechnologii. Jego lektura była dla mnie o tyle przełomowa, że dowiedziałam się o istnieniu moruli, blastuli i ogólnie szczegółów tego magicznego procesu, zwanego zapłodnieniem (tak – procesu, nie momentu). Szkoda tylko, że nie wszystkie zdjęcia działają, gdyż warto wiedzieć, że zytoga to nie jest człowieczek z rączkami i nóżkami, tylko taki maciupki.

Ogólnie fetyszyzację ciąży uważam za wielce krzywdzącą dla psychiki ludzkiej. Świadomość, że ciąża niekoniecznie może przebiec prawidłowo, że warto poczekać do drugiego trymestru z kupowaniem ubranek, że biologia jest, do cholery, dużo bardziej skomplikowana, mogłaby wielu osobom – wyobrażającym już sobie bobasa w brzuszku, tylko takiego małego – oszczędzić cierpienia.

I nie jestem w mojej opinii sama, cytując za artykułem „Pogrzeby po wczesnych poronieniach„:

W pierwszych sześciu tygodniach od zapłodnienia niepowodzenia dotyczą blisko 60 proc. ciąż! – Dlatego, by nie odczuwać zawodu, bezpieczniej zaczekać z powiadomieniem rodziny i znajomych do ukończenia pierwszego trymestru, czyli do 13.14. tygodnia – radzi prof. Węgrzyn. Dawniej, kiedy o USG nikt nie słyszał, a nieuformowanego zarodka nie nazywano dumnie dzidziusiem, kobiety czekały znacznie dłużej z poinformowaniem najbliższych, że są „przy nadziei”.

A dziś? – Zmieniły się oczekiwania i nastawienie – twierdzi dr Ryszard Rutkowski, ginekolog z wieloletnią praktyką. Tym tłumaczy zachowanie kobiet, które gdy tylko spóźnia się miesiączka, już następnego dnia pędzą do apteki po test ciążowy. Natychmiast czują się matkami i zaczynają przeżywać macierzyństwo. 

[…]

Na niego spadają później rozmowy z kobietami, którym trzeba wszystko wytłumaczyć. – Ludzie wyobrażają sobie, że ciąża to od razu dziecko. Tymczasem najpierw jest jedna komórka, potem kilka. Następnie tworzy się bąbel wypełniony płynem, ale wciąż nie ma w nim zarodka. Gdyby o tym uczono, nie byłoby tak wielu rozczarowań.

Dr Rutkowski przez 20 lat prowadził pogadanki z młodzieżą przygotowujące do dorosłości. – Zaczął rządzić PiS i niemal z dnia na dzień podziękowano mi w szkołach za współpracęA mówiłem, że ciąża to pomyślny zbieg okoliczności. Trzeba mieć w życiu szczęście, by ją donosić i urodzić zdrowo, ponieważ 70 proc. zarodków natura sama eliminuje.

Odkąd zakłamywanie biologii zostało wpisane w program polityczny, żadna dziewczynka, która w przyszłości chciałaby zostać matką, już się o tym nie dowie. Wbija im się do głowy, że embrion to istota ludzka, niemal samodzielny organizm, pomijając zupełnie fakt, że po zapłodnieniu powstaje ogromna liczba zarodków, z których tylko 30 proc. przeżywa. – To natura nie chce, by rodziły się chore dzieci – podkreśla dr Zimowski. – Kobiety po poronieniu nie mogą się więc obwiniać, że o siebie nie zadbały, coś przeoczyły, nie dopilnowały. Tak się dzieje z winy losowych błędów genetycznych, na które nie mają wpływu.

[…]

Ginekolodzy też muszą studzić zapędy niedoszłych matek, które za wszelką cenę chcą urządzić pogrzeb: „To jest tylko trofoblast, z którego rozwinie się łożysko. Po co pani zakonserwowane w parafinie jego fragmenty, skoro tam nie ma nawet jednej komórki pani dziecka?”.

– Nie przeczę, że godny pochówek płodu, który ma kilkanaście tygodni, może być dla rodziców ważny – mówi dr Zimowski. – Ale od pewnego czasu trafia do nas coraz więcej osób pragnących pochować dosłownie kilka ocalałych komórek!

I ja wiem, że dla ludzi, którzy ciążę planowali, czekali na nią, chcą mieć dziecko – to brzmi okrutnie. Ale biologia jest okrutna. Czy gdyby o tym wiedzieli, to wciąż przeżywaliby taką głęboką traumę, czy łatwiej by się pogodzili z całkowicie naturalnym poronieniem w piątym tygodniu? Czy to nie lepiej dla kobiety usłyszeć, że to nie jej wina, że nic nie zrobiła źle, że to tylko Matka Natura uratowała ją przed donoszeniem nieprawidłowego płodu?

Dyskusje o świętości życia, człowieku już od poczęcia, niezgodzie na zabijanie dzieci tak pięknie brzmią – ale nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Niektórym morulom/embrionom/zarodkom/płodom po prostu nie jest dane stać się człowiekiem i absolutnie nic z tym nie możemy zrobić, nie możemy ich magicznie zaczarować, by zamieniły się w dzieci. Przyjęcie tego do wiadomości pomaga też od razu zrozumieć, że zmuszanie kogokolwiek do urodzenia wbrew woli danej osoby ciężko uszkodzonego i niezdolnego do przeżycia płodu, który tylko pechowo nie uległ odpowiednio wcześnie poronieniu, jest pozbawione jakiegokolwiek sensu – biologicznego, medycznego, etycznego. Trzeba umieć pogodzić się z tym, że czasem po prostu wszystko idzie nie tak, jak powinno, i zminimalizować straty. Na przykład ratując zdrowie fizyczne i psychiczne matki.

Moje ciało – co to tak naprawdę znaczy?

Do wielu osób nie trafia proste wyjaśnienie, że wyłącznie kobieta ma prawo decydować o swoim ciele. Jako kontrargument podają, że przecież dziecko też ma ciało. No cóż. Warto jednak zwrócić uwagę na pewien „drobiazg”. „Szczegół”, który przy okazji zamyka też dyskusję o tym, kiedy zaczyna się człowiek – od poczęcia, zagnieżdżenia, któregoś tam tygodnia, urodzenia… nie ma to żadnego znaczenia, gdy spojrzymy na całą sytuację z punktu widzenia WYRAŻENIA I OTRZYMANIA ZGODY.

O co chodzi? Ano o to, że taki płód, by móc się rozwijać, rosnąć, a potem urodzić, musi najpierw wykorzystać ciało matki. Musi zająć przestrzeń w brzuchu, potrzebuje przyjaznego środowiska macicy i musi pobierać substancje odżywcze poprzez pępowinę. Może też po drodze spowodować różne nieprzyjemności, poczynając od opuchniętych kostek i bolących pleców, poprzez cukrzycę, utratę krwi, wypadanie macicy czy też odklejenie siatkówki oka, po kalectwo i śmierć. Wykorzystuje więc cudze ciało dla własnej korzyści, za to bez oglądania się na potrzeby swej „nosicielki”. Jeśli kobieta wyraża na to wszystko zgodę to… no cóż, czyż nie na tym polega macierzyństwo? Że kobieta mówi: dobrze, zgadzam się na niewygody, zgadzam się na potencjalne ryzyko, zdaję sobie sprawę z ewentualnych komplikacji, ale zgadzam się na to wszystko, zgadzam się na czasowe podzielenie się z kimś innym moim ciałem, ponieważ chcę tego dziecka.

Co jednak, jeśli ktoś się na to wszystko nie zgadza? Dla mnie jest to wówczas ze strony płodu zachowanie podobne do gwałtu czy niewolnictwa. Oto jeden byt, istota czy też osoba bierze sobie ciało drugiej osoby i wykorzystuje do woli, mimo sprzeciwu, mimo niechęci, mimo protestu. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić żadnego uzasadnienia, na podstawie którego płód miałby mieć większe prawo do ciała kobiety niż ona sama. Każdy człowiek ma prawo do wolności – kobieta ma prawo powiedzieć „nie” kilkuletniemu dziecku, dorosłemu mężczyźnie, osobie po osiemdziesiątce. Każdemu, kto w jakikolwiek sposób chce naruszyć jej nietykalność cielesną. Nie ma żadnego powodu, by płód w jakiś sposób się tu wyróżniał, niezależnie od tego, czy uważamy go za człowieka od „momentu zapłodnienia”, czy dopiero później. Po prostu nie powinien on mieć prawa do wykorzystywania cudzego ciała wbrew woli osoby, do której to ciało należy.

Protesty

3.

Poszłam więc na jeden protest. Zabrałam się trochę przypadkowo z grupą dziewczyn z mojej dzielnicy. Szłam potem przez miasto, wykrzykiwałam hasła, machałam transparentem i zwinęłam się razem z koleżanką wcześniej niż reszta. Nim padła mi do końca bateria w telefonie i by mieć szybki oraz bezpieczny powrót do domu.

Na samym proteście nie czułam gniewu, który czuję na co dzień. Czułam wsparcie. Czułam, że nie jestem sama. Czułam te wszystkie przyjemne rzeczy, gdy człowiek wie, że jest częścią czegoś, że gdzieś należy. To nie był ponury i zły pochód, lecz zaskakująco pozytywny i silny siłą jedności. To ma oczywiście wartość samą w sobie. Daje człowiekowi nadzieję potrzebną do wytrzymania kolejnego dnia w tym posranym kraju. Wytrzymania, aż w końcu coś się zmieni.

Na proteście spotkałam też dziewczynę, która przyznała, że planowanie ciąży zaczęła od odłożenia pieniędzy na „fundusz aborcyjny”, gdyż ma chorobę genetyczną. Na szczęście dziecko urodziło się zdrowe. Jednak w razie czego – było ją stać na badania i wyjazd za granicę, gdyby jednak coś złego się wydarzyło.

Gdyby coś złego się wydarzyło.


Strona Aborcyjnego Dream Teamu: http://aborcyjnydreamteam.pl 

Numer do Aborcji bez granic: 222 922 597

Jeden Komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: