Sensoryczne przygody: jedzenie
fakty i mity

Sensoryczne przygody: jedzenie

Jedzenie to kolejny z tych tematów, o którym nie można łatwo powiedzieć „jest tak a tak”. To, co dany autysta je, jest wypadową wielu czynników: 1. nietolerancji pokarmowych i alergii, 2. reakcji na gluten i laktozę, 3. chorób np. zespół jelita drażliwego, 4. problemów sensorycznych związanych ze smakiem/zapachem/konsystencją/wyglądem różnych potraw, 5. osobistymi preferencjami i niechęcią do zmian (zawsze te same przyprawy, tak samo ugotowane itd.). Z jakiegoś powodu u autystów częściej niż u reszty ludzi nakłada się na siebie parę z tych elementów. Niedawno widziałam jedną dyskusję, której uczestnicy wymieniali wszystkie męczące ich choroby układu pokarmowego i drugą – na temat owoców, gdzie część autystów jadła wszystkie, część wyłącznie świeże, a część wyłącznie w postaci przetworów, a część… 

Dlatego niniejszego wpisu nie traktujcie ani jako typowego obrazu nawyków żywieniowych autystki, ani jako tym bardziej przepisu na jakąś autystyczną dietę idealną (ja bym wręcz powiedziała, że nikt nie powinien jeść jak ja…). Po prostu chciałam wam pokazać, jak to z jedzeniem jest u mnie i dlaczego akurat tak. U innych osób autystycznych może być kompletnie inaczej. Chciałabym po prostu pokazać, że gdy autysta je, bierze pod uwagę trochę inne czynniki i przyzwyczajenia, które choć mogą się wydawać dziwne, to mają w rzeczywistości swoją wewnętrzną logikę (przynajmniej w mojej głowie).

Zaczniemy od mojego ulubionego i podstawowego dania:

Chleb z serem

Chleb z serem

Kocham chleb z żółtym serem. Może być żytni, razowy, słonecznikowy, tosty, absolutnie każdy typ pieczywa, może być paskudna czerstwa bułka z Żabki. Może być prawdziwy i dobry ser cheddar, a mogą być chemiczne plastry. Wszystko mi jedno, tak długo jak jedno można uznać w przybliżeniu za chleb, a drugie za ser.

Domyślam się, że tego typu posiłek to koszmar dietetyka. Tyle że dla mnie chleb z serem nie jest wyłącznie prostym do przygotowania śniadaniem albo szybką przekąską. Pełni dla mnie dwie inne ważne funkcje. Po pierwsze – uspokaja nerwy, po drugie – „czyści paletę”. Co do tego pierwszego, to tak, zażeram stresy właśnie chlebem z serem, bo to danie przyjazne, dobrze znane, kojące nerwy. Gdy wokół panuje chaos i nie mam nad czymś kontroli, chleb z serem jest tą wysepką bezpieczeństwa, do której mogę się zwrócić. Chleb z serem nie ocenia. Chleb z serem rozumie.

Co do drugiego, to zdarza mi się często, że chleb z serem jem niejako na deser. A to dlatego, że po jedzeniu w moich ustach pozostaje określony posmak. Nawet jeśli zjadłam coś, co lubię i co mi smakowało, to pół godziny później już po prostu nie chcę tego czuć. Zwyczajnie mi to przeszkadza i rozprasza. Nie mogę się na niczym skupić, bo co chwila przejeżdżam językiem po zębach, popijam herbatę i w ogóle skupiam się tej jednej części mojego ciała zamiast np. na pracy. Dlatego zjadam chleb z serem, by niejako wyzerować odczucia w mojej jamie ustnej. Smak obiadu w końcu znika, zostaje zastąpiony czymś, co dla moich zmysłów jest z jakiegoś powodu albo neutralne, albo pobudzające w inny, wcale nie irytujący sposób.

Chleb z serem posiada także wersję zmodyfikowaną, tzw. „chorobową”, czyli chleb posmarowany masłem z rzodkiewką. Nie wiem czemu, ale jak byłam dzieckiem i źle się czułam albo chorowałam, to jadłam właśnie chleb posmarowany masłem z rzodkiewką. Do dziś automatycznie zaczynam myśleć o takiej kanapce, gdy się gorzej czuję. Czemu? Nie mam najbledszego pojęcia. Może po prostu tylko to mój żołądek w razie zatrucia toleruje? 

Wydaje mi się, że chleb z serem jest po prostu dla mnie ważny pod względem sensorycznym. Głównie dla zmysłu smaku, ale możliwe, że też dla dotyku, bo mi odpowiada konsystencja tych produktów spożywczych… w sumie chyba jest to temat, w którym muszę mocniej pogrzebać, bo to ciekawe, a niekoniecznie jestem pewna, skąd akurat taka żywieniowa obsesja.

A co z resztą pokarmów pod względem doznań sensorycznych?

Jedzenie a sensoryka

Jedzenie a sensoryka

Jeśli mam zjeść paprykę, musi być ona idealnie twarda. Papryka choć trochę miękka, chociaż delikatnie się marszcząca, zwyczajnie odpada. To samo z truskawkami – nigdy nie rozumiałam tego uwielbienia dla rozmiękłych truskawek, które rzekomo są najsłodsze i przez to najlepsze. Dziękuję, wolę kwaśne, ale żeby się nie rozpadały już w palcach. Banany? Twarde, niedojrzałe. Raz zamówiłam sobie curry z tofu i jarmużem (tak, wiem, brzmi dziwnie) i jakże wielkie było moje rozczarowanie, gdy zdałam sobie sprawę, że ten jarmuż był gotowany… Surowy jarmuż to najlepsze, co istnieje!

Można więc dojść do ogólnego wniosku, iż lubię jedzenie, które jest twarde. Marchewki, kalarepa, ogórki, rzodkiewki – moje ulubione jedzenie to właśnie tego typu twarde, surowe warzywa. Wynika to chyba z tego, że szybko „tracę zaufanie” do jedzenia. Bo jeśli coś jest miękkie, to znaczy, że jest zgniłe. Miękka papryka autentycznie budzi we mnie obrzydzenie, choć jest ona całkowicie dobra i jadalna, skojarzenie jest jednak zbyt silne. Niestety, w związku z tym zdarza mi się wyrzucać wciąż dobre warzywa czy owoce, bo zwyczajnie nie jestem się w stanie zmusić do ich spożycia. Czasem nie jestem się w stanie zmusić nawet do wzięcia ich do ręki.

Na odwrót jest z mięsem. Im jestem starsza, tym mniej jem mięsa, bo ono jest po prostu dla mnie za twarde i wymaga za dużo żucia. Nigdy nie będę się umiała zachwycić krwistym stekiem – tego się po prostu nie da pogryźć, trzeba ciąć nożem na super-malutkie kawałeczki przed włożeniem do ust. Co więcej, zbyt długie żucie powoduje u mnie odruch wymiotny. Jedzenie po prostu nie może znajdować się aż tak długo w moich ustach. Jeśli go szybko nie pogryzę i nie połknę, tylko będę się męczyć z włóknami, to jak nic po chwili je wypluję, przy wtórze dźwięków zwracania treści pokarmowych.

I przyznam, że po prostu nie chce mi się z tym dłużej walczyć. Ani z mięsem czerwonym, ani ze zbyt długo gotowanym kurczakiem. Plus jedzenie wege jest bardziej ekologiczne, szkoda zwierząt i tak dalej (możliwe też, że z jakiś czas temu przeczytałam artykuł o przepisach dotyczących uboju zwierząt i warunkach higienicznych i mnie to szczerze obrzydziło…) Co nie znaczy, że nie zjem z chęcią porządnego burgera. Powiedzmy więc, że nie tyle nie jem mięsa w ogóle, co ograniczam. Dla równowagi, mam dwie ulubione burgerownie – jedną z mięsem, a drugą wege. Obie są wybitne. Plus ta pierwsza przygotowuje mięso tak, że nie ma w nim żadnych chrząstek ani innego twardego paskudztwa, którego nie przełknę. I mogę używać noża i widelca, a więc kontrolować wygodnie porcje.

Plus strasznie się brzydzę surowego mięsa. Jeśli przygotowuję posiłek sama, bo w trakcie gotowania myję ręce jakieś pięćdziesiąt razy, bo dotknęłam mięsa, bo dotknęłam noża, którym je kroiłam, bo dotknęłam opakowania, w którym było… Ciężko się tak cokolwiek robi.

Powiedziałabym więc, że lubię jedzenie, które jest twarde, ale jednocześnie chrupkie. I nie wymagające długiego żucia ani silnego gryzienia. Dokładnie takiego, jak idealna papryka. Albo chleb z serem. ; P

Alergie i choroby

Alergie i choroby

Na całe szczęście nie szkodzi mi ani gluten, ani laktoza… nooo, przynajmniej oficjalnie, bo nieoficjalnie istnieje teoria, że pieczywo powoduje u mnie wzdęcia, ale nie drążę jej zbyt głęboko, z powodów wymienionych wyżej. Poza tym jedyną rzeczą, która autentycznie mi szkodzi, jest kawa. I chyba jest to wyjątkowo rzadka przypadłość, bo wszyscy, którym o tym mówię, są wielce zdziwieni. Na szczęście nie przepadam za bardzo za kawą. Jeśli już jakąś piję, to dziwaczną pseudokawę dyniową albo piernikową z sieciówki. Biorę sobie takie cudo parę razy w roku, gdy mam ochotę na małego treata, a jednocześnie mam wolny wieczór na siedzenie na kiblu. ; D Jak się pewnie domyślacie, nie przeznaczam wielu dni na takie rozrywki, mam jednak lepsze rzeczy do roboty.

Nie dopadły mnie też żadne poważniejsze choroby układu pokarmowego, co niezmiernie mnie cieszy, bo znając moje podejście do jedzenia, nie byłabym w stanie utrzymać żadnej sensownej diety. Ale do tematu przygotowywania posiłków powrócimy za chwilę, warto wspomnieć o jeszcze jednym „drobiazgu”.

Będąc w podstawówce często budziłam się i na dzień dobry wymiotowałam. Do dzisiaj nie mam pojęcia dlaczego – podejrzewam, że mogło chodzić o stres związany z chodzeniem do szkoły. Zdarzało mi się wymiotować albo w domowej łazience, albo w szkolnej toalecie, o ile dałam radę tyle się powstrzymywać. Pamiętam, jak kiedyś zobaczyły mnie koleżanki i koniecznie chciały mnie zaciągnąć do pielęgniarki, a ja kompletnie nie rozumiałam, o co im chodzi. Dla mnie było normalne, że jak już zwymiotuję, to poczuję się lepiej, a na następnej przerwie nawet zjem śniadanie. Po prostu nieprzyjemny ucisk w żołądku znikał… jak nic musiało to być na tle nerwowym. Ogólnie byłam jednak dobra w ukrywaniu wymiotów, z związku z czym nigdy nie zostało to zdiagnozowane, aż w końcu samo przeszło…

Rankami nie mogłam też patrzeć na cudze jedzenie, a już w szczególności go wąchać. Najgorszy był zapach jakiejkolwiek szynki, zawsze u mnie w rodzinnym domu obecnej i zwykle jedzonej przez kogoś na śniadanie. O jaki to był koszmar! Zapach szynki od razu powodował u mnie odruch wymiotny.

Z wiekiem przestałam na szczęście wymiotować, do dziś jednak wkurwiają mnie wszystkie teksty o tym, jak to śniadanie jest najważniejszym posiłkiem dnia, jak to koniecznie trzeba zjeść śniadanie, żeby mieć energię i tak dalej… Ja rano, zaraz po obudzeniu, po prostu nie jestem w stanie jeść. Jedzenie mnie brzydzi, na nic nie mam ochoty. Na widok niektórych rzeczy robi mi się wręcz niedobrze. Czuję się znacznie lepiej, jeśli odczekam z godzinę i dopiero zjem. Po prostu głód zaczynam odczuwać z opóźnieniem, ale jak już rzeczywiście robię się głodna, to jem.

Choć zdarzały się takie dni, że potrafiłam nic nie zjeść do godziny 14, bo… nie wiem, zalatana byłam? Nic nie było pod ręką? Jakoś spychałam tę potrzebę na bok, zajmując się najpierw wszystkim innych. Często gdy gdzieś wychodzę zwyczajnie zapominam jeść i pić albo nie wiem, gdzie to jedzenie wcisnąć w plan dnia. Chciałabym się jednak pochwalić, że z czasem zaczęłam jeść znacznie stabilniej. Teraz jem o w miarę stałych porach, a śniadanie mam za sobą przed południem. Gdybym tak jeszcze nie dostawała napadów podżerania na wieczór… Ale i tak jest lepiej niż kiedyś.

Jest lepiej, choć jedno pozostaje niezmienne – nie lubię i nie umiem gotować.

Gotowanie

Gotowanie

Nie lubię gotować. Głównie chyba dlatego, że gotowanie kojarzy mi się z pewną swobodą – tu szczypta przyprawy, tam dwie lub trzy łyżeczki czegoś tam, a makaron gotować 8-10 minut. A ja tak nie umiem. Mnie to wszystko stresuje i nic z tego nie rozumiem, bo potrzebuję dokładniejszych instrukcji. Nie, 8-10 minut to nie są dokładne instrukcje, zwłaszcza że po 9 minutach makaron złośliwie dalej jest częściowo surowy i trzeba go jeszcze chwilę potrzymać i znowu sprawdzić i cały rytuał się sypie. Bo jedzenie przygotowuję bardzo automatycznie i robię z tego rytuał na zasadzie: zawsze najpierw wyjmuję jeden konkretny talerz, który będę używać do tego a tego, a deska do krojenia musi stać w tym miejscu blatu. Przygotowuję wszystkie składniki i układam w określonych, wcześniej ustalonych miejscach. Wszystko jest wyliczone perfekcyjnie, na zasadzie: a warzywa do garnka wsypuję, gdy timer dla kurczaka pokazuje jeszcze trzy minuty. Nie cztery. Nie dwie. Trzy minuty.

Po prostu jedzenie najlepiej robi mi się wtedy, kiedy nie muszę myśleć nad tym co robię, tylko realizuję jakiś bardzo dobrze znany mi przepis: dokładnie te same składniki w tych samych ilościach, używam tych samych naczyń co zawsze, stojących w tych samych miejscach co zawsze, wszystkie czynności wykonuję w tej samej kolejności, tyle samo czasu. Jakiekolwiek nowe danie wymaga ode mnie niewyobrażalnego skupienia i zwykle efektem jest totalny bajzel w kuchni, bo skoro robię coś po raz pierwszy, to jeszcze nie wiem, jak to sobie rozplanować… Czuję się po prostu zagubiona. Nie mówiąc już o frustracji, bo nie wiem, ile dać przypraw albo nie zdążyłam przygotować jakiegoś elementu na czas. Przepisy przećwiczone i wielokrotnie powtórzone to przyjazne przepisy.

Zwyczajnie brakuje mi wyczucia. Wiem, że dla niektórych autystów kuchnia to pasja, specjalne zainteresowanie. Dla mnie to udręka. Moje mięso jest zawsze przypalone, bo trzymam je zbyt długo na patelni w obawie, że będzie surowe. Nie potrafię piec ciast. Nie potrafię robić przetworów. Nie rozumiem kompletnie, który smak pasuje do którego. Nienawidzę kuchennych eksperymentów, kombinowania, zgadywania, próbowania. Zwyczajnie nie rozumiem gotowania, nie rozumiem czego i jak używać, co jak prawidłowo przyrządzać, skomplikowane przepisy mnie przytłaczają i stresują, bo mają za dużo składników i nie wiem, do czego one są potrzebne. Nie jestem kucharką, lecz automatem kuchennym z bardzo ograniczoną pamięcią.

Dlatego – jak często żartujemy – gdybym nie miała Małża, dla którego zdarza mi się gotować (jakieś pięć dań, których nauczyłam się na pamięć), to bym nie gotowała w ogóle. Jadłabym całymi dniami tosty z serem (zdarzały się takie dni…). Albo kupowałabym gotowe pierogi, naleśniki i zapiekanki w Żabce. Ewentualnie robiłabym sobie sałatki, bo to tylko wystarczy warzywa pokroić i dorzucić fetę.

Ach, nie rozumiem też sosów. Wielokrotnie zdarzało mi się zrobić sałatkę i nie dodać do niej sosu, ku wielkiemu zdziwieniu mojego Małża, że jak to tak, same wymieszane warzywa. Tymczasem sosy zwykle całkowicie przytłumiają smak oryginalnej potrawy i tylko mnie irytują, bo jedyny smak, który czuję, to smak sosu. I przypraw też nie ogarniam i o nich zapominam, choć niby lubię pikantne jedzenie (w związku z czym posypuję wszystko solą, pieprzem i ostrą papryką w proszku. I czosnku! Czosnek jest wybitny!).

I to nie jest tak, że nie lubię dobrego jedzenia. Mam masę ulubionych dań i restauracji. Tyle że poza kompletną nieumiejętnością gotowania jestem też LENIWA. Danie, które przygotowuje się dłużej niż pół godziny? Kto ma na to czas? Komu by się chciało? Na pewno nie mi. Zwyczajnie mi się nie chce, nie zależy mi. Za każdym razem, gdy gotuję, mam wrażenie zmarnowanego czasu. Wolę odgrzać sobie byle co w mikrofali i zająć czymś innym niż ugotować sobie coś wartościowego.

Po prostu za nic nie umiem się w tym odnaleźć – gotowanie jest dla mnie albo czynnością wykonywaną automatycznie, według schematu, a myślenie jest wyłączone; albo czynnością głęboko frustrującą, gdy nie wiem, jak połączyć składniki, ile co smażyć/piec, ile dać jakiej przyprawy. Kulinarne eksperymenty po prostu w ogóle nie są dla mnie przyjemne.

Podsumowując

Ufff, rozpisałam się strasznie i nie wiem, czy udało mi się cokolwiek sensownie wyjaśnić. Do jedzenia mam dziwny stosunek – z jednej strony mogę jeść byle co i byle jak, z drugiej potrafię być wybredna z najdziwniejszych powodów. Bylebym nie musiała gotować, bo to dla mnie czynność zdecydowanie zbyt spontaniczna i chaotyczna. Dużo uwagi poświęcam fakturze jedzenia, ale też zapachowi. No i jak mam gorszy dzień, to jem bez przerwy jedną i tę samą rzecz, przyjazny i bezpieczny chleb z serem.

4 komentarze

  • Iwona

    „…nieoficjalnie istnieje teoria, że pieczywo powoduje u mnie wzdęcia, ale nie drążę jej zbyt głęboko, z powodów wymienionych wyżej.”

    Well, jako człowiek na diecie keto, potwierdzam, że pieczywo jako węglowodany to powoduje u wielu ludzi wzdęcia (tak samo jak ryż, kasza i makaron).

  • Kat

    Ach, kanapka z serem, moja babcia miała misję oduczenia mnie tego, ale jej nie wyszło nigdy. Kanapka z serem na śniadanie to najlepsze śniadanie. Z tym, że ja mam do tego jeszcze dodatkową zasadę – kanapka nie jest kanapką, jeśli nie ma na niej jakiegoś warzywa. Nie zjem bez. Nagle wszystko się wydaje suche i mdłe i absolutnie nie do przeżucia. No i warzywa można zmieniać. Bo ja mimo, że w spektrum, to nie mogę ciągle DOKŁADNIE tego samego, w którymś momencie całe moje ciało zaczyna odmawiać jedzenia w ogóle, jeśli przesadzę z powtarzalnością.

    A odnośnie gotowania – długo miałam tak samo, gotowanie równało się frustracji, ale gotować trzeba było, bo jako nastolatka wymyśliłam sobie bycie wege w czasach, kiedy mało kto był wege, a dania jarskie w knajpach to były pierogi ruskie/z mięsem (!), no i nie miałam wyjścia. Podstawą mojej diety były kasze z warzywami. Proste, bo kasze są różne, ale przygotowuje się je podobnie, warzywami też można żonglować dowolnie, a dużo to nie zmienia w samym procesie przygotowania. Więc miałam komfort powtarzalności, a i potrzeba urozmaicenia też była zaspokojona.

    Dopiero względnie niedawno odkryłam, że gotowanie może być fajne. Jeśli masz ochotę próbować, to polecam wybrać sobie kogoś, w kogo umiejętności kulinarne wierzysz i zacząć od kopiowania przepisów 1:1, spontaniczność i gotowanie na oko przychodzą z czasem. Albo i nie – ja nadal nie rozumiem ile to jest szczypta soli, ale wiem już ile soli dać, żeby mi smakowało, a to w zasadzie ważniejsze. Aczkolwiek ja wychodzę z założenia, że nie każdy musi wszystko umieć i lubić, więc jeśli nie lubisz, to nie lubisz i koniec, na szczęście żyjemy w czasach, kiedy jedzenie można sobie do woli zamawiać i się tym nie przejmować 😉

    • Ag

      Potwierdzam – warzywo do kanapki z serem dobra rzecz!

      Gotowanie po prostu niewyobrażalnie mnie nudzi… cały czas myślę, że mogłabym robić coś innego. Kasze lubię akurat jakoś najmniej, ale makaron/ryż plus warzywa plus jakieś orzechy plus ser feta to właśnie takie moje szybkie danie, żeby jednak nie paść z głodu. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: