codzienność

Utrzymywanie kontaktów z innymi ludźmi

Jakiś czas temu odezwał się do mnie znajomy, którego ostatnio widziałam 300 lat temu (tzn. długo przed pandemią) z pytaniem, czy się może nie chcę spotkać. W pierwszym odruchu chciałam oczywiście odpowiedzieć, że nie – nie dlatego, że go nie lubię, tylko przez zmęczenie. Dopiero co widziałam się z ludźmi. Byłam już umówiona na kolejny weekend. I teraz następne spotkanie? To zwyczajnie za dużo. Tyle że… byłby to już któryś kolejny raz z rzędu, kiedy zbywam jednego z moich znajomych. Ludzie się do mnie odzywają, próbują podtrzymać kontakt, a ja im ciągle mówię “nie”. Poczułam się z tym po prostu źle, więc postanowiłam, że tym razem na spotkanie pójdę. I bawiłam się dobrze, ale… po raz kolejny udowodniło mi to, że utrzymywanie kontaktu ze wszystkimi, z którymi powinnam i z którymi chcę, jest po prostu niewykonalne.

Ten wpis nie będzie o tym, jak i gdzie poznawać nowych ludzi ani jak się z nimi dogadywać. To jest inny temat, o którym z początku trochę się rozpisałam, ale ostatecznie stwierdziłam, że na razie chcę opowiedzieć tylko o utrzymywaniu kontaktów z ludźmi, których już znam. Bo z jakiegoś powodu spotkanie się na kawę z koleżanką, którą znam od 10 lat bywa naprawdę trudne… przyjrzyjmy się tym powodom.

Za dużo ludzi, za mało energii

Wszystko przez ograniczoną energię na interakcje międzyludzkie – chodzi tu o codzienne, drobne interakcje (wszelkiego rodzaju krótkie wymiary zdań ze sprzedawcami i kasjerkami, sąsiadami i przypadkowymi osobami), ważne spotkania oraz załatwianie spraw (np. wizyty u lekarza czy w urzędzie), a także spotkania z rodziną i przyjaciółmi. Utrzymywanie kontaktu może się odbywać twarzą w twarz, telefonicznie oraz pisemnie (komunikatory, sms-y, maile).

Czemu energii na kontakty wydaje się być zawsze za mało? Cóż, może sensowniej byłoby odwrócić to pytanie: dlaczego spędzanie czasu z ludźmi zużywa tak dużo zasobów osoby autystycznej? Wszystko przez to, że trzeba pamiętać o bardzo wielu drobiazgach. Osobom neurotypowym przychodzą one naturalnie, odruchowo. Dla mnie są czynnościami wyuczonymi – czymś, czego muszę cały czas pilnować. Trzeba aktywnie słuchać, trzeba odpowiadać na pytania, ale też pamiętać o ich zadawaniu, nie dominować swoim monologiem, nie zamęczać innych swoim specjalnym zainteresowaniem, trzeba brać pod uwagę potrzeby drugiej strony i na bieżąco wypracowywać rozwiązania oraz kompromisy. Trzeba pilnować kontaktu wzrokowego. Trzeba się męczyć ze słabym przetwarzaniem słuchowym. Trzeba też pilnować co i jakim językiem się mówi (nie zawsze wypada rzucić soczystą kurwą, wplatać angielskie zwroty, odnosić się do internetowych memów czy posługiwać mową potoczną. Też dlatego, że może to być po prostu niezrozumiałe dla drugiej strony). Trzeba pamiętać o różnego rodzaju uprzejmościach czy zwyczajach, o mówieniu “proszę” i “dziękuję”. Wielu autystów będzie się w trakcie kontaktów z innymi ludźmi maskować – czyli próbować wypaść maksymalnie “normalnie”. Nie zapominajmy też o analizowaniu reakcji drugiej strony. Czy mój rozmówca jest zadowolony? Czy jest wobec mnie szczery i przyjazny, czy może sarkastyczny i złośliwy? Czy jasno wyjaśniłam, o co mi chodzi? Czy zrobiłam wszystko dobrze, czy też popełniłam jakiś błąd i nawet o tym nie wiem, bo mi nikt wprost nie powiedział? Czy są wobec mnie jakieś niewypowiedziane na głos oczekiwania? Czy o czymś nie zapomniałam?

Nic więc dziwnego, że wchodzenie w interakcje z ludźmi zużywa tak dużo energii, skoro cały czas nad wszystkim się zastanawiam, analizuję, próbuję dostosować. Kontakty międzyludzkie oznaczają konieczność ciągłego lawirowania przez zawiłe zasady społeczne, co oznacza wyjątkowo duży wysiłek ze strony mózgu… A potem i tak czegoś nie zauważam, albo za bardzo się rozluźnię, albo wszystko mi się pomyli. Poświęcam mnóstwo uwagi, by nie popełniać gaf, ale czasem dalej mi się zdarzają, np. nie zauważam, że jakiś temat został zamknięty i przeszliśmy do czegoś innego albo że ciągnięcie dalej żartu nie jest już śmieszne, gdy nie wyczułam zmiany atmosfery. Zwykle czuję się wtedy źle i głupio, bo komunikacja mi się nie udała, nie odczytałam właściwie znaków wysyłanych przez innych.

Nie wspominając już o tym, że czasem sama obecność innych ludzi wokół jest dla mnie strasznie męcząca. I ciężko mi powiedzieć, dlaczego. Poszłam ostatnio do parku – chciałam tylko chwilę posiedzieć na ławce i poczytać książkę w przyjemnym otoczeniu. Niestety, jak można się domyślić, z parku korzystało wiele osób, przez co odczuwałam tylko dyskomfort, stres i zniechęcenie. Nie wchodziłam z nimi w żaden rodzaj interakcji, a jednak sama ich obecność była już przeciążająca.

Koszt emocjonalny

Co się dzieje, gdy ta energia mi się skończyła, a muszę kontynuować kontakt z jakąś osobą lub wejść w nową interakcję?

Najczęściej – zmęczenie, rozdrażnienie, wyłączenie się. Przestanę się odzywać, będę tylko siedzieć w kącie, ewentualnie coś odburkiwać. Albo zacznę co chwila gdzieś wychodzić, choćby do łazienki, albo “coś sprawdzić”, by w ten sposób przynieść sobie trochę ulgi w postaci minuty samotności. Kiedy jestem przeładowana towarzystwem innych osób, pojawia się u mnie okropne zmęczenie i senność, wzmaga się też nadwrażliwość sensoryczna, trudno mi myśleć, skupić się na czymkolwiek, mam umysł jak zasnuty mgłą. Muszę się powstrzymywać przed wybuchem płaczu. Ciężej mi się poruszać, bo kontrola nad własnym ciałem staje się trudniejsza, więc nagle łatwiej się potykam albo obijam o rzeczy, ciężej mi iść, ograniczam ruchy. Czasem po wszystkim padam do łóżka na kilkanaście godzin. Albo w drugą stronę – zaczynam strasznie paplać, mówię zbyt głośno, bo przestaję panować nad poziomem mojego głosu (ale w tym w ogóle nie jestem dobra), jestem nerwowa i pobudzona. Potrafię się też zrobić agresywna, zacząć krzyczeć na ludzi.

Bywa też, że niespodziewana interakcja wywołuje u mnie szczery wkurw. Po prostu czuję, jak rośnie we mnie wściekłość, a całe ciało się spina, zgrzytam zębami, rzucam przedmiotami, walę pięściami w stół. Zaczynam rzucać na wszystkie strony bluzgami. Czasem tak się zdenerwuję, że muszę się na trochę położyć, bo mi zwyczajnie niedobrze od nerwów. Przykład? Gdy dzień spędziłam na spotkaniu rodzinnym, więc cały czas musiałam się udzielać. Wracam do domu i ciszy padnięta, planuję już do końca dnia do nikogo się nie odzywać. A tu nagle dzwoni telefon. Albo ktoś puka do drzwi. A ja już nie mogę, dla mnie wypowiedzenie choćby słowa do drugiego człowieka to w tym momencie przekroczenie moich możliwości. Sprawia mi to po prostu ból, jest nagłym, wymierzonym we mnie atakiem. Jest tragedią, bo pasek energii nie tylko spadł do zera, ale zaczął też przyjmować wartości ujemne. Jestem przeciążona i przestaję w ogóle funkcjonować.

Żonglowanie kalendarzem

Dlatego, by zadbać o samą siebie, muszę uważnie pilnować kalendarza. Przy czym to nie działa tak, że mam X energii na osobę A i drugie X na osobę B. Nie, jest jeden wspólny “pasek energii” dla wszystkich. A to oznacza, że nawet jeśli bardzo chciałabym się zobaczyć z B, ale musiałam z jakiegoś powodu odwiedzić A, to niestety z B już się nie skontaktuję. Jeśli powinnam zadzwonić do C oraz D, ale starczy mi sił tylko na jeden telefon, to druga z tych osób może czekać miesiącami zanim się odezwę… Efekt jest taki, że zawsze ktoś spada na koniec kolejki; zawsze ktoś mi wypomni, że nie daję znaku życia. Czasem strasznie mnie to stresuje, bo próby utrzymywania kontaktów zamieniają się w jakąś niekończącą się listę zadań do wykonania. Robi się z tego przykry obowiązek.

Znowu włącza się ciągłe analizowanie – czy jeśli w poniedziałek załatwię tę sprawę w urzędzie, to we wtorek będę miała siłę na spotkanie z koleżanką? Może lepiej zrobić sobie jeden dzień przerwy na odpoczynek i umówić się na środę? Ale w sumie już mam też plany na weekend, więc prawdopodobnie koleżankę lepiej będzie przesunąć dopiero na następny tydzień… no i jeszcze trzeba wykonać telefon – dam radę nie wcześniej, niż za dwa tygodnie. Choć niby jest ważny, więc może jednak zrezygnować z poniedziałkowych planów i przesunąć dzwonienie na wcześniejszy termin… to takie wieczne przestawianie klocków w nadziei, że uda się po drodze nie przemęczyć.

Bezustannie muszę rozdysponowywać te moje ograniczone zasoby tak, by z jednej strony starczyło na kontakt, które MUSZĘ z jakiegoś powodu w danym momencie wykonać, a z drugiej – bym mogła spotykać się z ludźmi, których lubię i czas z nimi to dla mnie przyjemność (dalej pochłaniająca energię, ale jednak przyjemność). Plus w międzyczasie muszą się znaleźć momenty kompletnego odcięcia od wszystkich i wszystkiego, bym mogła się zregenerować.

Przy czym łatwiej jest mi umawiać się z osobami, które znam najlepiej i najdłużej – bo już znamy się na tyle, że mniej więcej wiem, na co mogę sobie pozwolić i aż tak się nie stresuję. Im też bardziej jestem z kimś kompatybilna pod względem tematów, poglądów czy podejścia do życia, tym mniej wysiłku kosztuje mnie spędzanie z tą osobą czasu. Spotkanie się (żeby tylko to – nawet napisanie wiadomości będzie problematyczne) z dalszym znajomym wymaga ode mnie znacznie więcej energii niż z kimś bliskim. Odczuwam po prostu duży dyskomfort, bo nie ma jeszcze między nami ustalonych zasad, dopiero muszę wyczuć, jak ta relacja ma wyglądać, o czym mogę mówić, jak się zachowywać i o co w ogóle chodzi. A już załatwianie wszelkiego typu spraw oficjalnych jest na samym szczycie męczących i stresujących.

Oczywiście życie nie układa się idealnie, co oznacza, że czasem wyskakuje mi jakaś niespodziewana interakcja. Potrafi mi ona wszytko zrujnować i sprawić, że już nie wezmę udziału w wydarzeniu, na które z radością czekałam. Niestety – łatwiej odwołać piwo z przyjaciółmi niż wizytę u lekarza. Bywa, że rezygnuję w ostatniej chwili, bo rano wydarzyło się coś niespodziewanego i do wieczora nie udało mi się zebrać wystarczająco dużo energii… często mnie to wkurza i mi źle, że nie mam siły robić wszystkiego, na co mam ochotę. Z drugiej strony – wiem też, że muszę dbać o siebie. Nie ma sensu się zmuszać. To tylko pogorszy mój stan.

Czas na regenerację

Pomiędzy kolejnymi interakcjami z kolejnymi osobami potrzebuję przerw na samotność. Nie tylko dlatego, że jestem fizycznie i psychicznie zmęczona, co tłumaczyłam wyżej. Też dlatego, że mój mózg bardzo przeżywa wszelkie kontakty – jeszcze długo po odbyciu rozmowy w mojej głowie błyskają mi jej powidoki… jest to bardzo męczące. Z jednej strony (po raz kolejny) włącza się analizowanie różnych szczegółów, a z drugiej – wracają do mnie różne zdania, echem odbijają mi się po czaszce. Jakby mój mózg nie rozumiał, że rozmowa już się skończyła; jakby utknął w tamtej chwili i nie rozumiał, że już leżę w łóżku i próbuję zasnąć. Dlatego zawsze potrzebuję dodatkowego czasu na wewnętrzne wyciszenie się.

Zapotrzebowanie na kontakty

Oddzielną kwestią jest to, że moja potrzeba utrzymywania kontaktów jest mocno ograniczona. Nie odczuwam np. potrzeby, żeby rozmawiać z kimś codziennie przez telefon. Niedawno pewna osoba zwróciła mi uwagę, że tak dawno nie rozmawialiśmy, bo od miesiąca. Miesiąc to jest dla mnie mało. Miesiąc to jest nic. Jeżeli widziałam jakąś osobę miesiąc temu, to czuję się tak, jakby to było wczoraj. Po prostu nie mam żadnej wewnętrznej potrzeby odzywać się często do ludzi. W większości przypadków raz czy dwa razy w roku całkowicie mi wystarczy i zaspokaja moją potrzebę kontaktu (oczywiście często jest to zupełnie niewystarczające dla drugiej strony, w związku z czym szybciej zaczynam odczuwać wyrzuty sumienia, że do kogoś się nie odzywam niż nabieram autentycznej ochoty do spotkania…).

Sporą część tego roku spędziłam utrzymując mniej więcej codzienny kontakt z dwiema osobami (przez komunikatory tekstowe). Z jednej strony, jak wyżej tłumaczyłam, wyczerpywało to większość mojej energii i blokowało możliwość kontaktów z innymi. Z drugiej – tak naprawdę na co mi było cokolwiek więcej potrzebne? Rozmawiałam z przyjaciółmi, do tego w mojej preferowanej formie, czyli pisemnie. I to mi kompletnie wystarczyło do szczęścia.

Mam po prostu bardzo małą naturalną potrzebę przebywania/kontaktowania się z ludźmi. Jasne, fajnie jest raz na jakiś czas wyskoczyć na piwo z przyjaciółmi albo rodzinnego grilla. Wbrew pozorom kocham takie spotkania i zawsze sprawiają mi dużo radości. Na co dzień jestem jednak typem samotniczki.

Jak utrzymywać regularne kontakty?

Przyznam, że nie mam pojęcia. Nie przychodzi mi to łatwo ani naturalnie. Chciałam w tym roku odświeżyć trochę kontaktów, zacząć częściej wychodzić do ludzi albo chociaż odpisywać na ich wiadomości, ale okazało się to być eksperymentem nieudanym.

Mam kalendarz, gdzie wszystko wpisuję, dzięki czemu widzę, który tydzień jest luźniejszy. Próbuję nie nagromadzić sobie zbyt wielu rzeczy na raz, dzień po dniu. Niestety, ustalenie, czy wolny czas zostanie przeznaczony na odpoczynek czy może wcisnę tam spotkanie towarzyskie, jest już kwestią bieżącego analizowania, poprawiania i przestawiania grafiku. Nie potrafię z góry przewidzieć jak bardzo będę zmęczona i ile czasu będę potrzebować na regenerację. Zdarzyły mi się 3 tygodnie, gdzie byłam umówiona w każdy weekend. Prawie mnie to zabiło, to było dla mnie zdecydowanie zbyt często i zbyt regularnie. Lepiej jest gdy mogę na bieżąco decydować, czy w danym dniu/tygodniu/miesiącu mam siłę czy nie. Choć to się potrafi kłócić z uwielbieniem rutyny…

Wszystko sprowadza się do umiejętności mierzenia sił na zamiary – nie jest to łatwe, bo wymaga dobrej znajomości samego siebie, a także zdolności przewidywania, planowania i wybierania. Można też po prostu zrezygnować z części kontaktów lub je ograniczyć do minimum, zwłaszcza gdy nie są one ani konieczne, ani nie przynoszą żadnej wartości dodanej, a utrzymuje się je dlatego, że np. “tak wypada”.

Ostatecznie, po kilku nieudanych z różnych powodów prób umówienia kolejnego spotkania, powiedziałam koledze, że niestety nie jestem w tym momencie rozwijać kolejnej koleżeńskiej znajomości. Moje towarzyskie kółko pozostaje malutkie… na szczęście są w nim bardzo fajne osoby.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

%d bloggers like this: