Codzienność autystki: ten jeden raz, gdy zadbałam o siebie
codzienność

Z życia autystki: Ten jeden raz, gdy zadbałam o siebie

Było to na konwencie. Wiecie, gadanie z ludźmi, chodzenie na prelekcje, kręcenie się z lewej na prawą. I do tego jeszcze jakieś co mocniejsze dyskusje. W połowie dnia dopadło mnie więc kompletne wycieńczenie psychiczne i fizyczne (byłam z jakiegoś powodu ciągle głodna), w z związku z czym przestawałam kontaktować – nie wiedziałam, co się dzieje dokoła mnie, przestałam być komunikatywna, zrobiłam się jeszcze bardziej niezdarna niż zwykle.

Postanowiłam pójść więc na spacer, bo na tym etapie już od ponad roku chodziłam na terapię i przydałoby się wykorzystać coś, czego się na niej nauczyłam – że trzeba dbać o siebie, zwłaszcza gdy się jest przeciążonym. Połaziłam zatem sobie samotnie po pobliskim lesie, ale słabo mnie to zregenerowało, bo gdy wróciłam na kampus, koleżanka stwierdziła, że wyglądam niezbyt wyraźnie. I dalej nie czułam się najlepiej.

Resztę dnia snułam się jak smród po gaciach, aż w końcu nadszedł wieczór, kiedy to w grupce znajomych wyruszyliśmy do knajpy na pogaduszki. Pierwszym problemem było już wybrane miejsce. Pub z wypasionymi piwami, ale bez jedzenia. Wiecie, co jest wybitnie złym pomysłem? Dać mi alkohol bez zagrychy. Będę pijana w dziesięć minut i absolutnie nieznośna. Już się nauczyłam, że jeśli mam pić, to muszę też jeść, więc lokal, który nie oferuje nawet głupich frytek, odpada w przedbiegach (W Warszawie mam już kilka sprawdzonych miejscówek: moja ulubiona winiarnia Stacja Bielany oferuje m.in. naleśniki i podpłomyki; w Czarnej Mańce poza winem i piwem są też bajgle; w Bułkę przez Bibułkę to już w ogóle jest do wyboru milion jajecznic, kanapek i innych dobroci do promocyjnego Prosecco). Nie wspominając już o tym, że musiałam potem pieszo i sama wrócić do mojego hotelu, a to po prostu nie jest bezpieczne, zwłaszcza w obcym mieście (ostatecznie wzięłyśmy z koleżankami taksówkę na spółkę).

Po drugie, było tam głośno i tłoczno, a ja już i tak byłam wyczerpana. A biorąc pod uwagę, że mam problemy z przetwarzaniem słuchowym i nie potrafię rozdzielić dźwięków tła od dźwięków mowy, prowadzenie ze mną rozmowy odpadało. Bo zwyczajnie nie słyszałam, co się do mnie mówiło. Siedziałam więc na brzegu ławy głęboko nieszczęśliwa, aż stwierdziłam, że wyjdę. Przecież mi wolno. Skoro wcześniej nie udało mi się odpocząć, to może teraz się uda, a nie ma sensu, żebym się męczyła.

Zostawiłam więc moje rzeczy, rzuciłam do znajomych, że zaraz wrócę i poszłam połazić po nocnych ulicach Białegostoku. Było pusto, ciemno, trochę chłodno, ale w sumie przyjemnie. Lubię akurat bardzo letnie noce. Poczłapałam sobie nieśpiesznie przed siebie, przy okazji znajdując przystanek, z którego odjeżdżał autobus jadący w miarę blisko mojego hotelu. Spisałam sobie godziny odjazdu, co też przyczyniło się do mojego uspokojenia, bo miałam już jakieś wyznaczone ramy czasowe na wieczór, a także plan powrotu.

I w końcu, po długim i męczącym dniu, poczułam się lepiej w wyniku połączenia trzech rzeczy: 1. spokojne, nocne miasto pozwoliło się wyciszyć moim przeładowanym zmysłom; 2. miałam plan działania; 3. zrobiłam coś, co było dla mnie dobre i zdrowe.

Chcę, żebyście w pełni zrozumieli znaczenie tego prostego czynu, jakim było wstanie w połowie rozmowy i wyjście. Ja się tak normalnie nie zachowuję. Nie dbam o siebie. Nie robię tego, co jest dla mnie dobre. Zamiast tego maskuję, udaję, że wszystko jest ok, albo siedzę z grupą nieszczęśliwa tak długo, jak inni chcą, choć sama mam już dosyć. W ogóle jestem też bardzo wyczulona na cudzy dyskomfort, bardzo mnie stresuje, że ktoś inny mógłby się źle bawić, mieć problem. Nie żebym próbowała coś z tym zrobić, ale wyczuwam napiętą czy ciężką atmosferę, czyjś zły humor i gwałtownie mi to zwiększa wewnętrzne napięcie. A wówczas będę próbować sama zachowywać się maksymalnie normalnie, żeby nie dokładać do sytuacji. Albo będę po prostu siedzieć i udawać, że mnie nie ma, bo na nic innego nie mam siły. No chyba że za dużo wypiłam albo jestem już kompletnie przeładowana, wtedy mogę się zacząć zachowywać dziwnie, chaotycznie i zacząć gadać o swoich problemach w nieprzyjemny sposób… ogólnie robię się paskudna.

Na co komu byłoby przebywanie ze mną w takim stanie? Czy wyjście, gdy czułam się źle, nie miało więcej sensu niż siedzenie z ponurą miną, psucie nastroju innym i rozładowywanie ostatnich procent mojej wewnętrznej baterii? Najlepsze, że po tym spacerze wróciłam do pubu i nawet rozmawiałam z ludźmi! Co prawda z dwiema siedzącymi najbliżej osobami, bo reszty i tak nie słyszałam, ale zawsze!

Chciałabym częściej umieć powiedzieć „dość!”. Chciałabym umieć częściej rozpoznać, że nie dam rady, że jestem zbyt zmęczona, że nie ma sensu kontynuować jakieś czynności, bo to po prostu nie jest dla mnie dobre. Może się to wydawać niektórym z was głupie, ale kiedy jest się ciągle zmęczonym i „rozładowanym”, każdy drobiazg robi różnicę. Dopiero uczę się, jak nastawić mój wewnętrzny kompas, by mi podpowiadał, że czas o siebie zadbać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: