Kontakt wzrokowy na spektrum
fakty i mity

Kontakt wzrokowy na spektrum

„Ale przecież patrzysz mi w oczy!” słyszy autysta i szlag go trafia… albo i nie, bo pewnie nie wszyscy są tacy nerwowi jak ja. Dziś spróbuję jednak na spokojnie wyjaśnić, o co chodzi z tym kontaktem wzrokowym i czemu jego utrzymywanie lub nie niekoniecznie zdradza autystę.

Oto powody, dla których nie znoszę patrzeć ludziom w oczy, a mimo to czasem to robię:

Patrzenie w oczy zużywa za dużo energii

Patrzenie innym ludziom w oczy nie jest dla mnie czynnością naturalną – nie jest czymś, co robię odruchowo, zupełnie o tym nie myśląc. Jest dokładnie na odwrót – to czynność, którą muszę przez cały czas jej trwania kontrolować. Muszę się skupiać, wysilać i pilnować, by utrzymywać kontakt wzrokowy. To sprawia, że zużywam bardzo dużo energii, która mogłaby mi posłużyć do czegoś innego – na przykład do prowadzenia rozmowy. Tak, dużo łatwiej jest mi zrozumieć, o czym się do mnie mówi, kiedy nie muszę się nikomu wgapiać w twarz. Dla osób neurotypowych może być to kompletnie nieintuicyjne, ale słucham uważniej i rozumiem lepiej rozmówcę, gdy nie patrzę mu w oczy!

Ponieważ ogólnie jestem osobą o niskich zasobach energii, to po rozmowie, gdzie skupiałam się głównie na utrzymaniu kontaktu wzrokowego jestem strasznie wyczerpana. Po prostu mózg mi pracował za długo na najwyższych obrotach, starając się jednocześnie jakoś wytrzymać to patrzenie w oczy, przetwarzać dochodzące do uszu dźwięki, skutecznie rozdzielając słowa od hałasów w tle, rozumieć o czym mowa i jeszcze wymyślić odpowiedź… (nie wspominając o milionie innych bodźców).

Mężczyzna próbuje wybrać jeden z przycisków: "Maintain correct eye contact witj person" albo "Actually listen to person".

Nie rozumiem sensu patrzenia w oczy

Powiedzmy jednak, że utrzymywanie kontaktu wzrokowego nie byłoby dla mnie takie męczące. W takiej sytuacji… dalej robiłabym to niechętnie, ponieważ kompletnie nie rozumiem, czemu ludzie to robią. Z tego, co rozumiem, niepatrzenie w oczy kojarzy się z kłamaniem/ukrywaniem czegoś. Podobno ludzie patrząc sobie w oczy w trakcie rozmowy czegoś się tam doszukują, odczytują emocje i intencje.

Przyznam, że w życiu bym nie wpadła, by czegokolwiek takiego w czyichś oczach szukać. Ja tam niczego poza kolorem tęczówek nie widzę, być może dlatego, że już mi brakuje mocy przerobowych, żeby jeszcze analizować ich wyraz. Szczerze mówiąc, czuję się jak przysłowiowy jeleń złapany w światła ciężarówki – chciałabym uciekać, ale stoję sparaliżowana. Czyli czasem się zacinam i przestaję mówić. A jednocześnie dalej nie potrafię powiedzieć na podstawie oczu, co mój rozmówca myśli lub czuje…

I teraz dochodzimy do dwóch fun facts. Oglądając filmy czy seriale nie mam żadnego problemu z patrzeniem bohaterom w oczy i nawet rozumiem, co one wyrażają! Z postaciami fikcyjnymi radzę sobie znacznie lepiej niż z prawdziwymi ludźmi, może dlatego, że te filmowe emocje są bardziej wyraźne i przesadzone, właśnie po to, żeby widz lepiej je zrozumiał? Może to dlatego, że podążając za fabułą, jestem w stanie wywnioskować, co postać powinna w danej scenie czuć, łatwiej mi to wyciągnąć z kontekstu (na przykład po smutnej muzyce), bo jest mi on jasno przedstawiony? Pewnie chodzi też o to, że nie muszę z tą postacią prowadzić żadnej rozmowy, tylko ją obserwować i to jest główna czynność, na której mogę się spokojnie skupić? Nie mam pojęcia.

Po drugie, w moich opowiadaniach znajdziecie mnóstwo scen, w których jeden bohater patrzy drugiemu w oczy i widzi tam radość/smutek/ból/cokolwiek. Czemu o tym piszę, skoro tego nie rozumiem? Cóż… bo tak się robi. Naczytałam się tego typu fraz w tysiącu miejsc, więc teraz je kopiuję. Jest to po prostu jedna z metod ukazania emocji postaci i już. Poza tym ludzie nie wiedzą, jak działałyby podróże w czasie, a mimo to je opisują. Wyobrażają je sobie po swojemu. Jest taki świetny cytat z Ursuli K. Le Guin: „Ale jestem także artystą, a zatem kłamcą. Nie wierzcie w nic, co wam mówię. Mówię wam prawdę”.

Obrazy w głowie

Gdy o czymś mówię, wyobrażam to sobie. Moje słowa praktycznie zawsze są obrazem w mojej głowie. Można to porównać do wielkiej tablicy, na której w jednym rogu mam zapisane notatki, w drugim wisi fotografia, a w trzecim mam narysowany diagram. A to wszystko jest połączone strzałeczkami i otoczone mnóstwem szczegółów. W związku z tym w trakcie mówienia mam tendencję do patrzenia nie na rozmówcę lecz na tę tablicę, którą wyraźnie widzę przed sobą i dzięki której jest mi łatwiej uporządkować wypowiedź. Ciężko mi się skupić, kiedy czyjaś twarz wchodzi mi w środek skomplikowanego wykresu.

Wiąże się to z wymachiwaniem rękami. Gdy mówię, mam tendencję do pokazywania jakiś fragmentów mojej tablicy, która wisi sobie przede mną w powietrzu, ale dla pozostałych jest oczywiście niewidoczna. Ta niewidzialna tablica musi się też znajdować z boku czy u góry, bo inaczej mogłabym przypadkiem wsadzić komuś palec w oko… cóż, wydaje mi się, że czasem muszę wyglądać naprawdę intrygująco, gadając jak nakręcona, a jednocześnie wgapiając się gdzieś w przestrzeń i wskazując do chwila palcem na sufit. Co ta wariatka widzi na tym suficie… ano widzę tam ten film, o którym akurat opowiadam.

Niechciana intymność

Zabrzmi to trochę dziwnie, ale gdy patrzę ludziom w oczy, mam wrażenie, jakbym fizycznie się do tej osoby przysunęła i naruszyła jej strefę intymną, wręcz bezczelnie wchodziła jej butami w twarz. Po pierwsze, mam wrażenie, że w ten sposób robię coś krzywdzącego tę osobę, po drugie zaś – jest to dla mnie wyjątkowo niekomfortowe. Bo mnie przecież żadna intymność z rozmówcą nie interesuje! Ja tu tylko próbuję kupić bułki!

Generalnie im lepiej daną osobę znam tym kontakt wzrokowy jest łatwiejszy, bo aż tak mnie nie krępuje.

Czemu utrzymuję kontakt wzrokowy?

Z tego wszystkiego powyżej można by wysnuć wniosek, że nie utrzymuję z nikim kontaktu wzrokowego. Cóż, nie ma tak dobrze. Często staram się to robić, bo mam wrażenie, że tego ludzie po mnie oczekują. Że wręcz próbują upolować moje spojrzenie, bo dla nich to oczywiste, że skoro do mnie mówią, to na mnie patrzą, a ja powinnam patrzeć na nich. Mam wrażenie, że to dla innych ludzi sposób na ustalenie, że jestem „jedną z nich”.

Wydaje mi się też, że ludzie traktują mnie wtedy inaczej. Chyba staję się w ich oczach (sic!) sympatyczniejsza? Nie mam pojęcia, o co chodzi dokładnie, ale wiem, że jeśli czegoś od kogoś chcę, to powinnam utrzymywać kontakt wzrokowy.

Najzabawniejsze w moim wykonaniu są chyba zakupy. Gdy podchodzę do kasy, nie patrzę kasjerce w oczy, tylko na produkty, które kupuję, bo przecież muszę je wyłożyć na ladę, potem muszę je spakować  do torby, potem muszę spojrzeć do torebki/portfela, na kartę, na terminal płatniczy… słowem, patrzę wszędzie, tylko nie ma osobę, z którą rozmawiam, ale nie jestem przy tym nieuprzejma, nie gapię się za ich plecy albo gdzieś w bok, tylko w miejsca, które mają sens – przecież jak nie będę patrzeć, jak pakuję bułki do torby, mogę je upuścić na podłogę! Choć zwykle na koniec zerknę w te oczy i powiem „dziękuję, do widzenia”, żeby jednak sobie pani kasjerka nie pomyślała, że jestem jakaś dziwna…

Poza tym czasem lubię patrzeć ludziom w oczy. Może akurat mam lepszy dzień i więcej energii, może czuję się rozluźniona i środowisko, w którym się znajduję jest przyjazne, może akurat odrobina intymności mi nie przeszkadza. Na pewno też często patrzę w oczy Małżowi. Po piętnastu latach związku już się widać do niego przyzwyczaiłam. ;P

Techniki dla autystycznych osób

Najpopularniejszą techniką pomagającą utrzymać kontakt wzrokowy jest patrzenie na nos lub na czoło. Niektórym to pomaga, osobiście jednak nigdy tego nie stosuję, bo dalej wymusza to na mnie skupienie się na jednym punkcie na cudzej twarzy, a w trakcie rozmowy moje oczy mają tendencję do latania (patrz punkt „Obrazy w głowie”). Być może nos nie jest tak przerażający jak oczy, ale dla mnie dalej niewygodny.

Choć w tekście pisałam, że boję się bycia wziętą za „dziwną” czy „nienormalną”, to w praktyce nie przeżywam tego aż tak bardzo. Zwykle staram się znaleźć złoty środek, tak jak w tej historii o zakupach – od czasu do czasu łapię wzrok rozmówcy, a czasem uciekam oczami, tak by obie strony były w miarę zadowolone i czuły się komfortowo. Czasem wgapiam się w kogoś dosyć długo, gdy tę osobę lubię i próbuję sprawić jej przyjemność (lol, pewnie nawet nie zwracają na to uwagi, bo dla nich to normalne…). Wszystko też zależy od mojego zasobu energii i czy mam dobry dzień – czasem po prostu I don’t give a fuck.

Jak zawsze, to są moje odczucia, inni mogą to odbierać trochę inaczej, mam jednak nadzieję, że w jakimś stopniu wytłumaczyłam, czemu autyści nie patrzą – a czasem właśnie że patrzą! – innym ludziom w oczy.


Podsumowując:

  • patrzenie w oczy nie jest dla mnie naturalną czynnością, zużywam na jej kontrolowanie dużo energii, a przez to trudniej mi się skupić na tym, co się do mnie mówi;
  • nie mam w ogóle potrzeby patrzeć ludziom w oczy, bo niczego nie potrafię z nich odczytać;
  • po co mam patrzeć rozmówcy w oczy, skoro jedyne co widzę, to obrazy w mojej głowie;
  • patrzenie w oczy jest dla przyjaciół i kochanków;
  • jeśli już utrzymuję kontakt wzrokowy, robię to głównie ze względu na społeczną presję i chęć niewyróżniania się.

Jeśli macie jakieś pytania lub chcecie się podzielić swoimi przemyśleniami w temacie, piszcie w komentarzach.

6 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: